W gabinecie bioenergoterapeuty

 

Ten artykuł może posłużyć jako poradnik dla bioenergoterapeutów, zarówno już praktykujących, jak i zamierzających podjąć praktykę w przyszłości, nade wszystko jednak przeznaczony jest dla pacjentów, żeby wiedzieli, czego powinni oczekiwać po zabiegu bioenergoterapeutycznym, i dzięki tej wiedzy nie dali się wywieść w pole oszustom, którzy z bioenergoterapeutami nie mają wiele wspólnego. Szkopuł w tym, że naiwnych jakoś im nie brakuje, a to dlatego, że ludziom brakuje wiedzy o tym, czym tak naprawdę jest bioenergoterapia. Dlatego tak łatwo ulegają oszołomom podszywającym się pod bioenergoterapeutów, mimo że ich działalność ma niewiele albo wręcz nie ma nic wspólnego z bioenergoterapią.

Bioenergoterapia nie ma nic wspólnego z magią ani okultyzmem, nie ma więc tutaj mowy o wykorzystywaniu duchów bądź odwoływaniu się do istot wyższych (aniołów, świętych patronów, bogów), pod które z reguły podszywają się demony. Bioenergoterapeuta nie potrzebuje żadnych wymyślnych technik oddychania, medytacji, jogi i całej tej orientalnej otoczki.

Bioenergoterapia to oddziaływanie organizmu na organizm, nic ponadto. Bioenergoterapeuta to nie tylko ktoś obdarzony nadmiarem bioenergii, którą może wykorzystać na pomoc innym. Bioenergoterapeuta to nade wszystko rzemieślnik świadczący usługi w zakresie przywracania harmonii energetycznej, a więc usuwania energetycznej przyczyny chorób.

Tym niemniej wrodzony nadmiar bioenergii i znajomość fachu nie wystarczają, by być bioenergoterapeutą. Potrzebna jest jeszcze jedna cecha, a mianowicie pragnienie niesienia pomocy. Tak więc bioenergoterapeuta to całość, na którą składają się: wrodzone predyspozycje energetyczne, wykształcenie zawodowe oraz szczególne cechy psychiczne. Tylko takiego bioenergoterapeutę można nazwać prawdziwym rzemieślnikiem, i tylko takiemu bioenergoterapeucie można powierzyć swój organizm do remontu, oczywiście remontu energetycznego, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Często słyszy się, że ten czy ów bioenergoterapeuta choruje, że niby bioenergoterapeuci mogą tylko pomagać innym, ale sobie to już nie. Bywa także, iż bioenergoterapeuci wręcz szkodzą sobie, pomagając innym, bo rzekomo taki to już fach jest. W rzeczywistości jest akurat odwrotnie, bowiem organizm bioenergoterapeuty jest najlepszym polem do popisu dla bioenergoterapeuty. Nie godzi się oddziaływać na cudzy organizm, nie radząc sobie ze swoim. Niemniej jednak muszę przyznać, że łatwiej jest oddziaływać na cudzy organizm. Więcej się wówczas czuje i efekty uzyskuje znacznie szybciej.

W pracy bioenergoterapeuty, jak w każdej innej pracy, najważniejsza jest ochrona samego siebie. Bez uszczerbku dla własnego zdrowia bioenergoterapeuta może przekazywać tylko i wyłącznie nadmiar bioenergii. Nie zawsze jest to możliwe, nawet w przypadku doświadczonego rzemieślnika, bowiem co jakiś czas natrafia się na duże podpole energetyczne, którego napięcie powierzchniowe niespodziewanie rozpada się i powstaje dziura energetyczna, zasysająca bioenergię niczym czeluść. Nagle w oczach ciemno, nogi jak z waty, ma się wrażenie, jakby miało się zemdleć. Jednak wszystko mija w ciągu kilku sekund, nie pozostawiając żadnego uszczerbku na zdrowiu.

Bywają przypadki, gdy organizm pacjenta nie zachowuje się biernie, lecz aktywnie zasysa energię. W tym wypadku odczucie bioenergoterapeuty jest podobne, jak przy zapaści podpola energetycznego, tyle że trwającej nieprzerwanie w czasie całego zabiegu. Niedoświadczeni bioenergoterapeuci albo odstępują od zabiegu, albo doprowadzają zabieg do końca kosztem własnej bioenergii, co jest szczególnie szkodliwe, gdy w kolejce czeka jeszcze kilku pacjentów, a więc nie ma możliwości zregenerowania się. Tym sposobem można nabawić się wielu chorób.

Doświadczony bioenergoterapeuta potrafi kontrolować przepływ bioenergii, nie narażając własnego zdrowia na szwank. Ja mam taką kontrolkę w ręce. Działa to jak termometr. Niewielki przepływ bioenergii odczuwam w środku dłoni jako ciepło. Zwiększenie przepływu bioenergii przenosi owo ciepło na grzbiet dłoni, a potem coraz wyżej, w kierunku łokcia i stawu ramiennego. Z doświadczenia wiem, że słabo zacznie mi się robić, gdy ciepło dojdzie do połowy ramienia. Na wszelki wypadek nie dopuszczam, by ów wskaźnik wychylił się poza łokieć. Robię to mentalnie, czyli myślami. W dalszej części artykułu wyjaśnię dokładniej mechanizm tej regulacji.

Drugim niebezpieczeństwem, czyhającym na bioenergoterapeutę, jest kradzież bioplazmy. Skuteczność zabiegu bioenergetycznego zależy od podatności, czyli otwarcia się, nie tylko od podatności pacjenta, ale także bioenergoterapeuty, na przepływ energii, a także pewnej ilości używanej do sterowania tym procesem bioplazmy. Organizmy niektórych pacjentów są tak złaknione świeżych dostaw bioplazmy, że ich ciało energetyczne utrzymuje połączenie z ciałem energetycznym bioenergoterapeuty jeszcze długo po zakończeniu seansu. Połączenie to utrzymuje się bez względu na odległość, za pomocą wstęgi bioplazmy, o szerokości jakichś trzech centymetrów. Tą drogą, rzecz jasna, nie można przesłać większej ilości bioplazmy, toteż pojedyncza wstęga nie wywiera większego wrażenia na organizmie bioenergoterapeuty, który, notabene, dysponuje pewnym nadmiarem bioplazmy. Gorzej jest, gdy tych wstęg zbierze się kilka albo więcej. Wówczas można mieć niezłe jazdy. Na początku pojawia się, a potem pogłębia, ogólne osłabienie, a w jakiś czas potem niechęć do zabiegów bioenergetycznych, w końcu lęk przed pacjentami. Jeśli bioenergoterapeuta mimo to prowadzi nadal praktykę sądząc, że tak musi być, bo bioenergoterapeuci „już tak mają”, to jego zdrowie musi ulec rozsypce.

Wstęgi bioplazmy niosą ze sobą jeszcze inne zagrożenia, mogą bowiem stanowić trop dla duchów poszukujących osobników otwartych na dzielenie się swoją bioplazmą. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia, że po wizycie u bioenergoterapeuty przyplątał się do kogoś duch, albo że bioenergoterapeutę nawiedzają duchy.

U mnie wstęgi bioplazmy wychodzą z potylicy. Niegdyś nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopóki nie pojawił się jakiś dyskomfort w tym rejonie. Było to coś nieokreślonego, jakby jakaś lepka mgła zaległa pomiędzy głową a karkiem. Nie była ciężka, ale jednak odczuwalna, nie była twarda, raczej miękka, a jednak wywierała wyraźny ucisk. Nie dawało mi to spokoju, zwłaszcza że dyskomfort nie tylko nie chciał ustąpić, ale wręcz nasilał się z każdym dniem. Wreszcie podświadomość przedstawiła mi projekcję gmatwaniny srebrzystobiałych wstęg, skotłowanych u podstawy czaszki.

Gdzieś, kiedyś usłyszałem bądź przeczytałem o mentalnym schronie, którego do tamtej pory nie traktowałem na serio. Większość literatury w tej tematyce to po prostu zwyczajne bajki, toteż nie mając doświadczenia trudno jest oddzielić ziarno od plew. Nie mając lepszego pomysłu, zbudowałem ten schron, bez wiary w powodzenie, mimo to efekt, o dziwo, był natychmiastowy.

Schron mentalny pozwalał odcinać wstęgi bioplazmy, ale, jak dla mnie, miał jedną wadę – wymagał zamknięcia się na przekaz energii, toteż mogłem wykorzystywać go dopiero po wyjściu ostatniego pacjenta, w konsekwencji czego przez cały dzień pozostawałem bezbronny. Któregoś dnia słuchałem audycji radiowej, traktującej o afirmacji, czy o czymś takim. W tej audycji wspomniano coś o mentalnych nożycach. To było coś dla mnie.

Tego typu techniki mają to do siebie, że trudno wykonać je na pierwszy raz, potem jest coraz łatwiej, aż wreszcie wchodzą nam w krew i wykonują się niejako same – machinalnie. Najtrudniej było wyimaginować sobie mentalne, a więc wyimaginowane nożyce w realnej dłoni. Nie chodzi tutaj o to, żeby nożyce sobie wyobrazić, tylko właśnie wyimaginować, czyli niejako fizycznie poczuć. Zadziwiające, jak takie wyimaginowane nożyce są trwałe. Używam ich do dziś. Są czarne i dość duże, ale nie za duże. Takie w sam raz.

Następnym krokiem było przeniesienie mentalnej ręki trzymającej mentalne nożyce na tył głowy i obcięcie wstęg bioplazmy. Efekt był piorunujący. Pamiętam do dziś to zdziwienie, gdy poczułem, jak głowa odskakuje mi do przodu za każdym razem, gdy nożyce odcinały kolejną wstęgę bioplazmy. Potem metoda ewoluowała i dzisiaj nie używam nawet dłoni. Wszystko dzieje się machinalnie. Gdy tylko podświadomość wykryje wstęgę bioplazmy, pojawiają się nożyce i ją odcinają. Ja tylko czuję, jak głowa mi odskakuje.

Jak widzimy, bioenergoterapia nie jest pozbawiona niepożądanych skutków ubocznych, toteż bezpieczeństwo i higiena pracy mają tutaj fundamentalne znaczenie. Powinni wiedzieć o tym nie tylko bioenergoterapeuci, ale także ich pacjenci. Z drugiej strony, bioenergoterapia jest o tyle bezpieczniejsza od innych technik leczenia, że stosunkowo łatwo jest usunąć zagrożenie, pod warunkiem nabycia odpowiedniej wiedzy, i nade wszystko wdrożenia jej do codziennej praktyki.

Przez większość pacjentów bioenergoterapia traktowana jest jako przysłowiowa ostatnia deska ratunku, a to znaczy, że zdążyli już porobić wszelakie badania, odwiedzić najrozmaitszych specjalistów, nierzadko przeszli operację, niektórzy kilka, aż wreszcie zawiedli się na medycynie i tym sposobem trafili do gabinetu bioenergoterapeuty. Mimo to bioenergoterapeutom udaje się większość tych niedobitków wyleczyć, jeżeli oczywiście medycyna nie zdołała zniszczyć im zdrowia doszczętnie. Jest to możliwe dzięki temu, że ludzie ci mieli źle postawioną diagnozę, skutkiem czego leczono ich na coś zupełnie innego niż należało. Można powiedzieć, że cierpieli na źle postawioną diagnozę. Bioenergoterapeuta nie może sobie na to pozwolić, więc musi postawić diagnozę prawidłową, bowiem od tego zależy, czy odniesie sukces i wyleczy pacjenta, czy też dozna porażki.

Kiedyś stawiałem diagnozy dla pacjenta, jednakże już tego nie robię, bo i po co? Tak zdiagnozowany pacjent wychodzi z gabinetu załamany, a więc „chorszy”, niż przyszedł. Gdzie tu logika? O wiele korzystniej jest, gdy pacjent z gabinetu wychodzi nastrojony pozytywnie. Dlatego obecnie diagnozę stawiam wyłącznie dla siebie.

Pacjent siada na krześle, ja staję za nim i pytam, co mu dolega. Nie zależy mi na tym, co mówi, gdyż z reguły pacjenci powtarzają diagnozę postawioną przez lekarzy. Dlatego nalegam, żeby pokazał miejsce, w którym odczuwa dolegliwość. Tak naprawdę, samo pokazanie miejsca ma dla mnie mniejsze znaczenie od tego, jakim gestem je pokazuje. Gest jest bowiem całkowicie obiektywny, a więc nieskażony diagnozami lekarskimi, ponieważ wypływa bezpośrednio z podświadomości. Zwracam baczną uwagę, czy pacjent pokazuje palcem, czy całą dłonią, czy dotyka ciała, czy też z odległości zatacza palcem lub dłonią koła, czy wykonuje ruchy wahadłowe. Jest tego trochę wariantów, ale nie tak znowu dużo, toteż bez większego trudu można je opanować po roku praktyki.

Obserwując gesty wykonywane przez pacjenta, ustawiam sobie w głowie wstępną diagnozę. Czasami zadaję jedno lub kilka pytań precyzujących – czy to jest ból, mrowienie albo drętwienie, czy promieniuje w dół, czy do góry, czy nasila się rano, czy wieczorem.

Po serii pytań diagnoza nie jest jeszcze precyzyjna, ale jest już w miarę solidnym punktem wyjścia do dalszego jej pogłębiania.

Mając już w głowie ułożony plan działania, proszę pacjenta, by położył się na kozetce. I tutaj zaczyna się etap, którego słowami wyjaśnić nie potrafię. No bo jak wyjaśnić, że pozwalam swojej dłoni samej poruszać się w poszukiwaniu najdogodniejszego kanału, z którego można zajrzeć do... wnętrza ciała człowieka. Oczywiście, że ręka poruszana jest moimi mięśniami, ale bez mojej woli, a nawet wiedzy. Ja tylko obserwuję, jak szybkimi ruchami przeskakuje o kilka centymetrów to w prawo, to w lewo, to w przód, to w tył, aż w końcu zatrzymuje się w jednym miejscu – ponad miejscem stanowiącym epicentrum choroby.

Pacjentowi, czy innemu obserwatorowi, zapewne wydaje się, że teraz nic nie robię, tylko nieruchomo trzymam dłoń. Zazwyczaj mam przy tym zamknięte oczy, więc niejeden zagaduje, by sprawdzić, czy aby nie usnąłem. Nie śpię. Pracuję, jeśli to tak można nazwać, bowiem w rzeczywistości pracuje moja podświadomość, podsyłając obrazy. Obraz najpierw pojawia się w trzecim oku, ale po chwili wędruje do dłoni, a dalej w głąb ciała pacjenta.

Obraz nie jest precyzyjny, raczej mglisty. Tło jest ciemne, a na nim pojawia się białawy, czasami srebrzysty kształt. To jest właśnie poszukiwana patologia, którą trzeba będzie usunąć. Rzadko kiedy jest to cały organ, czy też duża jego część. Na ogół to chorobowo zmieniony fragment tkanki.

Laikowi wydaje się, że anatomia ludzkiego ciała to galimatias, w którym nijak nie idzie się połapać. W rzeczywistości tych elementów nie ma tak znowu dużo. Gardło, płuca, serce, przełyk, żołądek, dwunastnica, jelita, wątroba, trzustka, śledziona, nerki, pęcherz, cewka moczowa, prostata, macica, przydatki – to elementy pojawiające się najczęściej podczas zabiegu energetycznego. Mając z nimi do czynienia na co dzień, stosunkowo łatwo można je opanować.

Znając kształt chorobowo zmienionego fragmentu tkanki, będącej fragmentem jakiegoś organu, można dopasować ów kształt do znanej nam całości. Coś jak składanie puzzli. Jeśli kształt nie pasuje do układanki, bo jest na przykład owalny, a ze znajomości anatomii wiem, że w tym miejscu ciała organu o takim kształcie nie powinno być, przyjmuję, że jest to jakiś wrzód bądź torbiel ewentualnie guz. Oczywiście, że nie jest to super dokładna diagnoza, ale jest wystarczająca, by przystąpić do zabiegu bioenergetycznego, mającego na celu usunięcie patologii.

Jak już wiemy, patologia to kliniczny objaw istnienia nadpola energetycznego. Poprzedzał je stan przedkliniczny, czyli podpole energetyczne, w którym nie istniał przepływ energii, a więc komórki objętej nim tkanki nie komunikowały się ze sobą, a tym bardziej z pozostałymi komórkami organizmu, nade wszystko z komórkami systemu odpornościowego. Było to zatem dogodne miejsce, w którym swobodnie mogła rozwijać się patologia.

Dopóki zmiany patologiczne rozwijają się w obrębie podpola energetycznego i system odpornościowy nic o tym nie wie, nie ma żadnych objawów klinicznych: bólu, gorączki, obrzęku – nic. Niemniej jednak patologia rozwija się, toteż jest tylko kwestią czasu, gdy dotrze do napięcia powierzchniowego podpola energetycznego, stanowiącego jego granicę. Wówczas napięcie powierzchniowe podpola energetycznego pęka, niczym bańka mydlana, i system odpornościowy dowiaduje się nagle, że w organizmie, na którego straży stoi, istnieje patologia.

Gdy system odpornościowy zorientuje się, jak groźne i rozległe są zmiany patologiczne, postępuje adekwatnie do zagrożenia, wskutek czego pojawiają się objawy kliniczne – ból, pieczenie, obrzęk, często także miejscowe albo uogólnione podwyższenie ciepłoty ciała. Chorzy rzadko kiedy zdają sobie sprawę, że kłopoty zdrowotne, które pojawiły się tak nagle, mają za sobą długą historię rozwoju w obrębie podpola energetycznego. Najczęściej słyszy się stwierdzenie w rodzaju: na wiosnę tego i tego roku zachorowałem na... W miejsce kropek można wstawić dowolna chorobę.

W większości wypadków zdecydowana reakcja systemu odpornościowego przynosi spodziewany efekt, czyli samoistne ustąpienie zmian patologicznych. Czasami kończy się na jednorazowym incydencie, a czasami objawy kliniczne pojawiają się kilka razy, ale za każdym razem są łagodniejsze, trwają krócej, by w końcu przestać pojawiać się w ogóle. Jednak nie jest to regułą, bowiem bywa i tak, że ostre objawy kliniczne przeradzają się w przewlekłe, zazwyczaj z częstymi okresami remisji. Przyczyną tego stanu rzeczy jest niejako wtórna blokada energetyczna, powstała w momencie zapełniania dziury energetycznej, pozostałej po rozpadzie napięcia powierzchniowego podpola energetycznego. Zjawisko to można nazwać implozją* bioenergetyczną. Czasami zdarza się, że jednoczesne wypełnienie dziury bioplazmą i bioenergią ze wszystkich kierunków bywa tak symetryczne, że doprowadza do powstania blokady, zwanej nadpolem energetycznym.

W obrębie nadpola energetycznego w dalszym ciągu zachodzą zmiany patologiczne, jak miało to miejsce w podpolu energetycznym, toteż organizm stara się usunąć je, wysyłając tam bezustannie coraz większe porcje bioplazmy i bioenergii, wskutek czego powstaje bezładna kotłowanina zastałej bioenergii, scementowanej skumulowaną bioplazmą. Jest to swoisty węzeł gordyjski, który może przeciąć jedynie chirurg, zaś rozsupłać może go jedynie doświadczony bioenergoterapeuta.

* Implozja – wybuch do wewnątrz; przeciwieństwo eksplozji; nagłe zapadnięcie się materii w zamkniętej przestrzeni, pod wpływem panującego w niej podciśnienia. Typowym przykładem implozji jest stłuczenie żarówki.

Najbardziej typowym zabiegiem bioenergoterapeutycznym jest likwidacja nadpola energetycznego. Zabieg ten można porównać do polewania czystą wodą brudnej ścierki. Mamy do dyspozycji tylko słaby strumień ze szlaucha, którym polewamy ścierkę. Na początku woda wyciekająca ze ścierki jest bardzo brudna, ale po pewnym czasie robi się coraz czystsza, aż w końcu ze ścierki wycieka czysta woda. Wtedy możemy uznać, że ścierka jest czysta.

Nigdy nie dotykam dłonią ciała pacjenta bezpośrednio. Mógłbym trzymać dłoń w pewnej odległości od ciała, ale byłoby to męczące. Dlatego robię to przez ubranie lub przez włosy, ewentualnie (gdy ktoś nie ma włosów i na inne odkryte miejsca) nakładam papierowy ręcznik. Tym sposobem ciepłota ciała pacjenta nie ma wpływu na moje odczucia pozazmysłowe, jednym z których jest odczuwanie ciepła albo zimna.

Patologia zlokalizowana podczas pogłębionej diagnozy jest uwięziona w nadpolu energetycznym, które jawi mi się jako biaława, czasami srebrzysta, migotliwa bryła. Strumień bioenergii, niczym strumień czystej wody ze szlaucha, wypływa z mojej dłoni. Na początku jest szeroki i obejmuje cały obwód bryły nadpola, więc nie jest zanadto skuteczny. Ale to żaden problem, ponieważ potrafię mentalnie skumulować go do cienkiej smużki, którą mogę, także mentalnie, polewać bryłę nadpola, rozbijając powoli zbitą strukturę plątaniny bioenergii i bioplazmy.

Nadpole energetyczne może mieć rozmaitą wielkość, a także kształt. Czasami bywa tak duże, że z jednego miejsca przyłożenia dłoni nie można się zorientować, jaki jest jego zakres. W kontakcie rozległym nadpolem energetycznym dłoń nie przesuwa się, lecz „tańczy”, przeskakując z jednego miejsca na inne, potem na następne i następne, po czym powraca do punktu wyjścia, by znów rozpocząć ów swoisty taniec. Wtedy wiem, że kupa roboty przede mną, i że sporo czasu może zająć zogniskowanie tak rozległego nadpola energetycznego. W tym miejscu należy objaśnić istotę ogniskowania patologii, zwłaszcza że jest to najbardziej spektakularny, wręcz namacalny efekt bioenergoterapeutycznego zabiegu. 

Gdy zranimy skórę, to wokół zranienia wytworzy się miejscowy stan zapalny, którego zewnętrznym objawem jest rozchodząca się promieniście od miejsca zranienia czerwona otoczka, której średnica zależy od ilości uszkodzonych komórek. Po jakimś czasie otoczka zmniejsza swoją średnicę, jakby się cofała do ogniska zapalenia, czyli ogniskuje się, co zwiastuje rychłe wygojenie się rany. W ten sam sposób ogniskują się wszystkie stany zapalne, także te niewidoczne, przebiegające wewnątrz naszego ciała.

Aliści bywają przypadki, gdy czerwona otoczka wokół rany nie ogniskuje się, czyli że rana nie chce samoistnie się wygoić, a więc przechodzi w stan przewlekły, zwany też chronicznym. W takim wypadku trzeba proces gojenia jakoś wspomóc. W sytuacji, gdy przewlekły stan zapalny znajduje się na wierzchu, jest to stosunkowo łatwe, wystarczy bowiem ranę wysuszyć roztworem rivanolu, bądź nałożyć na nią maści ichtiolowej, albo przyłożyć liść babki, ewentualnie wycisnąć ropień, jeśli jest, by proces gojenia nabrał dynamiki, symptomem czego jest ogniskowanie się czerwonej otoczki. Zgoła inaczej rzecz ma się, gdy przewlekły stan zapalny jest usytuowany we wnętrzu ciała, gdzie możliwości przyśpieszenia gojenia albo nie ma, albo jest ona znacznie ograniczona.

Stany zapalne tkanek wewnętrznych zajmują ważne miejsce w strategii systemu odpornościowego, który dzięki nim usuwa wszelkie patologie, takie jak antygeny, zdegenerowane fragmenty tkanek, w tym tkanki zmienione nowotworowo. Z przebiegu tych procesów zwykle nie zdajemy sobie sprawy. Czasami tylko coś zaboli, albo pojawi się gorączka, ale wszystko stosunkowo szybko ustępuje samoistnie, nie pozostawiając po sobie śladu. Jednak nie zawsze tak jest, bowiem w niektórych przypadkach wewnętrzny stan zapalny nie ustępuje samoistnie, czyli że staje się przewlekły.

Medycyna nigdy nie zadaje sobie pytania o przyczynę, lecz rutynowo każde zapalenie leczy, czyli blokować lekami przeciwzapalnymi – medycyna „naturalna” lekami naturalnymi, z czosnkiem na czele, zaś medycyna „akademicka” lekami syntetycznymi, czyli sztucznymi, najczęściej antybiotykami.

Z holistycznego punktu widzenia ustalenie przyczyny patologii ma fundamentalne znaczenie nie tylko w wyborze sposobu leczenia, ale nade wszystko w zapobieganiu patologiom, do których niewątpliwie stany zapalne o charakterze przewlekłym należą. Skądinąd wiadomo, że stan zapalny jako taki ma charakter prozdrowotny, jednakże przewlekły stan zapalny charakteru prozdrowotnego bynajmniej nie ma, mimo że mechanizmy wywołujące obydwa warianty stanu zapalnego są te same. Skoro tak, to każdy stan zapalny powinien przebiegać tak samo. Dlaczego tak nie jest? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy mechanizmom rządzącym przebiegiem stanu zapalnego przyjrzeć się bliżej.

Zasadniczo są dwa rodzaje stanu zapalnego – uogólniony i miejscowy. Uogólniony stan zapalny, a więc obejmujący cały organizm, to gorączką, natomiast miejscowy stan zapalny to zapalenie, które dotyczy jednego organu, np. oskrzeli, gardła, stawu, mięśnia, żołądka, grasicy, spojówek, zatok, wątroby, nerek, ucha, dwunastnicy, pęcherza moczowego, a także płuc i mózgu. Tym dwóm ostatnim poświęcę nieco więcej słów w dalszej części.

Na zapalenie składają się cztery charakterystyczne objawy: zaczerwienienie, obrzęk, podwyższona temperatura, ból.
 
Zaczerwienienie jest zaczątkiem zapalenia, zainicjowanym przez przeciwciała IgE, które zapoczątkowują kaskadę zdarzeń prowadzącą do zapalenia, czyli miejscowego stanu zapalnego. Po rozpoznaniu patologii przeciwciała IgE przyłączają się do powierzchni najbliższych mastocytów, zwanych komórkami tucznymi, prowokując je do wydzielenia mediatorów reakcji zapalnej – histaminy i heparyny.

Poddane synergicznemu oddziaływaniu histaminy i heparyny ściany naczyń krwionośnych ulegają destrukcji – stają się cieńsze i słabsze, przez co naczynia ulegają rozdęciu, skutkiem czego zwiększa się ukrwienie zapalonego fragmentu tkanki, która zaczerwienia się. W przypadku śluzówki, która ze swej natury jest czerwona, zaczerwienienie w miejscu zaplenia nazywa się przekrwieniem.

W efekcie ścieńczenia ścian naczyń krwionośnych zwiększa się ich przepuszczalność, co, wespół ze zwiększonym ukrwieniem, skutkuje przenikaniem z krwiobiegu do miejsca zapalenia dużej ilości fagocytów.

Fagocyty należą do plejady krwinek białych – leukocytów. Ich szczególną cechą jest zdolność fagocytozy, w której można wyróżnić trzy etapy: 
  1. pochłonięcie, zwane też pożarciem (stąd popularna nazwa fagocytów: komórki żerne),
  2. wewnętrzne spalenie,
  3. wydalenie produktów przemiany materii.
Głównymi fagocytami biorącymi udział w miejscowych stanach zapalnych są monocyty. Są one składnikiem morfologicznym krwi, którą oczyszczają ze skrawków obumarłych tkanek i bakterii, ale w razie potrzeby opuszczają naczynia krwionośne i przeniknąć w rejon miejscowego stanu zapalnego.

Zastanawiacie się zapewne, skąd monocyty wiedzą, jak trafić w miejsce stanu zapalnego. Nie wiedzą. Mają wprawdzie zdolność poruszania się ruchem pełzakowatym, ale na odległości liczone w milimetrach, toteż w rejon stanu zapalnego docierają niesione prądem krwi. Monocyty znajdujące się w tętnicach doprowadzających krew w rejon stanu zapalnego otrzymują sygnał w ramach wymiany informacji międzykomórkowych, który je – jak to się fachowo określa – pobudza. Pobudzone monocyty – jak to się znów fachowo określa – migrują, czyli grupują się przy ścianie naczynia krwionośnego. Ponadto pobudzone monocyty nabierają właściwości adhezyjnych do ścian naczyń krwionośnych, do których przylegają, ale nie na stałe, bowiem nadal porusza je prąd krwi, tyle że one wciąż przylegają od ściany naczynia i dosłownie się po niej toczą, aż w końcu napotkają na swej drodze ścieńczałą ścianę naczynia krwinosnego, przez którą przepełzają, i tym sposobem trafiają prosto w rejon stanu zapalnego.

Po opuszczeniu układu krwionośnego monocyty przeistaczają się w największe leukocyty – makrofagi. Są one tak duże, że nie mogłyby przebywać w krwiobiegu, gdyż zablokowałby naczynia włosowate.

Obrzęk zapalnie zmienionej tkanki jest bezpośrednim następstwem poszerzenia naczyń krwionośnych, a także wysokiego ciśnienia osmotycznego płynu surowiczego, który swobodnie przecieka przez ścieńczałe ściany naczyń krwionośnych.

Podwyższona temperatura w miejscu zapalenia to skutek uboczny aktywności monocytów. Jak już wiemy, ich rolą jest fagocytoza, czyli pożeranie i wewnętrzne spalanie fragmentów tkanek oraz całych komórek, np. bakterii. Przeciętny monocyt może sfagocytować do stu bakterii. Monocyty wydalają do środowiska stanu zapalnego dwa metabolity, czyli produkty przemiany materii – ropę oraz energię cieplną.

Ból dotyczy tylko zapalenia tkanek unerwionych, gdyż tylko tam znajdują się receptory bólowe, aczkolwiek ostry stan zapalny może oddziaływać na unerwione tkanki sąsiednie, dając, mylne zazwyczaj, sygnały bólowe, co znacząco utrudnia prawidłową diagnozę.
 
Po co jest stan zapalny
I teraz rodzi się pytanie – po co to wszystko? Dlaczego organizm to robi – sam sobie (i w sobie) funduje stany zapalne? Przecież o wiele przyjemniejsze byłoby nasze życie, gdyby tego nie robił! Nie trzeba by było chodzić do lekarza, brać serii antybiotyków. Nic by nie czerwieniało, nie puchło, nie ropiało ani nie bolało. To dopiero byłoby zdrowie!

Łańcuch jest tak mocny, jak najsłabsze jego ogniwo. Jeśli nawet 99 na 100 ogniw łańcucha będzie mocnych, to cóż z tego, skoro pęknie on właśnie tam, gdzie będzie to jedno jedyne słabe ogniwo. O zdrowiu rozumianym jako ogólna kondycja organizmu także decyduje wytrzymałość poszczególnych ogniw, którymi są komórki, a jest ich nie tysiące, miliony, czy nawet miliardy, lecz biliony. Niejeden już pomyślał: – Jakie ma znaczenie jedno ogniwo, tj. jedna komórka, w gąszczu bilionów ogniw-komórek? Toż to ledwie ułamek promila... – Jak pomyślał, tak zrobił, więc teraz leczy się na jakieś nieuleczalne choroby, albo czeka na przeszczep, albo poddawany jest chemioterapii, albo nie ma go już wśród żywych.

Z jednej komórki powstaje człowiek i nowotwór także z jednej komórki powstaje. Każda komórka, rozmnażając się przez podział, tworzy linię rozwojową komórek potomnych. Jeśli jest to komórka zdrowa, tworzy zdrową linię rozwojową, ale jeśli jest to komórka ułomna, tworzy linię rozwojową ułomną. Licho byśmy na tym wyszli, gdyby nasze ciało składało się z lichych komórek, toteż w naszym żywotnym interesie jest zregenerowanie, czyli usunięcie lichego fragmentu tkanki, czyli linii rozwojowej komórki lichej, a następnie wypełnienie ubytku tkanką zbudowaną z komórek pełnowartościowych. Organizm dokonuje tego w procesie zwanym ostrym stanem zapalnym.
 
Stan zapalny ostry
Zapalenie o przebiegu ostrym charakteryzuje się przesileniem, zwanym kryzysem, tj. momentem przełomowym zapoczątkowującym samoistne ustępowanie objawów chorobowych. Następujące po przesileniu ogniskowanie się stanu zapalnego jest zapowiedzią rychłego wyzdrowienia, przy czym owo wyzdrowienie należy rozumieć nie jako li tylko ustąpienie objawów zapalenia, jak niestety sądzi większość zindoktrynowanych przez propagandę medyczną ludzi, nie wytłaczając lekarzy, lecz jako zregenerowanie najsłabszego ogniwa w łańcuchu komórek składających się na tkanki, z których zbudowane jest nasze ciało.

Żeby uniknąć nieporozumień, należy zaznaczyć (wręcz podkreślić!), że stan zapalny nie jest ani niczym dobrym, ani, tym bardziej, pożądanym, cała sztuka bowiem polega na tym, i do tego zmierzamy, żeby organizm nie musiał uciekać się do tak drastycznych środków, dążąc do zachowania homeostazy. Zależy to, rzecz jasna, od wielu czynników, nie zawsze od nas zależnych, aliści na cztery najważniejsze to my mamy największy wpływ. Nie napiszę tym razem niczego nowego, co by nie było już omówione, gwoli formalności przypomnę tylko, że chodzi tutaj o systematyczne dostarczanie organizmowi substancji odżywczych, niezbędnych do budowy komórek (prawidłowe odżywianie i wchłanianie), zatrucie organizmu (toksemię), a także harmonię energetyczną.

Jeśli nie jest to dla kogoś samo w sobie jasne i oczywiste, nie będę przekonywał go, że stanu zapalnego nie należy „leczyć”, bowiem jego istotą jest właśnie leczenie organizmu poprzez usuwanie zeń zmian patologicznych. Wyjątek stanowią, o czym wcześniej była mowa, dwa organy – mózg i płuca.
 
Zapalenia mózgu i płuc są wyjątkowe nie dlatego, że zapalenie jakoś wyjątkowo tym organom szkodzi, tylko że, ze względu na specyficzne usytuowanie (w czaszce i, nomen omen, klatce piersiowej), nie mają gdzie puchnąć, tymczasem obrzęk, czyli zwiększenie objętości, jest jednym z symptomów zapalenia.

Zapalenie prawie nigdy nie obejmuje całej tkanki, lecz toczy się w jej obrębie. Tak więc jako zapalenie mózgu bądź płuc należy rozumieć fragment tkanki, który jest objęty stanem zapalnym, jednak nie definiuje się, jak masywny jest ów fragment, lecz – na wszelki wypadek – przewiduje się zagrażający życiu wariant najgorszy, który bezwzględnie wymaga leczenia.

Nie w tym rzecz, żeby przekomarzać się i udowadniać, która z metod jest lepsza w diagnozowaniu i leczeniu. Chcę odnotować tylko, że jako bioenergoterapeuta z łatwością oceniam masywność fragmentu tkanki objętej zapaleniem, toteż nie odsyłam pacjenta do lekarza po antybiotyki albo sterydy, jeśli zdiagnozuję u niego zapalenie mózgu bądź płuc. Nie znaczy to bynajmniej, że bagatelizuję sprawę, ale też niepotrzebnie nie straszę chorego. Przede wszystkim informuję go, że bardzo groźne jest przeziębienie zapalonych płuc bądź mózgu. Ponadto wyznaczam wizytę nazajutrz, gdyż zapalenie tych organów musi być monitowane i intensywnie leczone. Jeśli chory nie może przybyć do mnie na następny dzień, ze względu na przykład na trudny dojazd, związany często z dużą odległością, doradzam mu udać się do lekarza.

Nie chcę tutaj wdawać się w kompetencje bądź niekompetencje lekarzy, jednakże powinni zdać sobie sprawę, jeśli nie robią tego z premedytacją, że pochopne blokowanie objawów zaplenia skazuje chorych na przewlekłe choroby, które będą leczyli latami. 
 
W gruncie rzeczy stan zapalny o przebiegu przewlekłym, zwany niekiedy chronicznym zapaleniem, różni się od stanu zapalnego o przebiegu ostrym jedynie tym, że w jego przebiegu nie doszło do przesilenia, przez co system odpornościowy nie zdołał usunąć wszystkich niepełnowartościowych komórek, więc pozostałe wciąż się dzielą i wciąż są usuwane. Mówiąc obrazowo, w przewlekłym stanie zapalnym system odpornościowy zabuksował i samodzielnie nie potrafi ruszyć z miejsca. Trzeba mu jakoś pomóc. Zanim odpowiemy sobie: jak, odpowiedzmy najpierw: dlaczego.

Jest wiele powodów buksowania systemu odpornościowego, zwanego przewlekłym stanem zapalnym, toteż z konieczności omówię tylko te najważniejsze. Na pierwsze miejsce niewątpliwie wybijają się działania medyczne, u podłoża których leży „leczenie”, które ma na celu nie dopuścić kryzysu, czyli nasilenia się objawów chorobowych, przy czym durnemu pacjentowi (celowo!) nie wyjaśnia się, że bez koniecznego do wyzdrowienia w każdej chorobie przesilenia z chorego staje się przewlekle chory. W tym wypadku odpowiedź na pytanie, jak pomóc buksującemu systemowi odpornościowemu, jest nader oczywista: wystarczy nie przeszkadzać.

Drugą przyczyną buksowania systemu odpornościowego, którą nade wszystko chcę tutaj omówić, są zakłócenia w komunikacji na poziomie komórkowym. Tutaj na pierwszy plan wybija się kumulacja w krwiobiegu toksyn, zwana toksemią. Jak wiemy, pewną grupę toksyn krążących w krwiobiegu stanowią toksyny endogenne. Są to głównie produkowane przez organizm odpady – metabolity zwane produktami przemiany materii. Ta grupa toksyn, jeśli jest skumulowana, utrudnia wprawdzie wymianę informacji na poziomie komórkowym, ale jej nie fałszuje. Inaczej rzecz ma się w przypadku toksyn egzogennych, czyli, najprościej mówiąc, innych niż metabolity produkowane przez organizm, aliści bywają wśród nich także metabolity i także produkowane przez organizmy, tyle że obce, głównie pasożyty, z grzybem Candida albicans na czele, których metabolity potrafią oszukać system odpornościowy i zmusić do nicnierobienia.

Największy wpływ na fałszowanie wymiany informacji międzykomórkowej mają egzotoksyny syntetyczne, czyli sztuczne związki chemiczne. W obecnych czasach jest ich tak wiele, że tak naprawdę nikt nie wie, ile. Są w śród nich konserwanty żywności mające charakter kancerogenny, czyli potrafiące wywołać raka, są statyny potrafiące zablokować syntezę cholesterolu LDL w wątrobie, są też egzotoksyny mające kapitalne znaczenie nie tyle w wywoływaniu, co w podsycaniu wszelkich stanów zapalnych. Najaktywniejsze są tutaj wszelkie związki niklu.

Niektóre sztuczne związki chemiczne potrafią samą swoją obecnością w krwiobiegu wywołać reakcję zapalną, i to nie jedną, lecz wiele, i to naraz. Najczęściej spotykane są związki glinu (aluminium), które obecnie dodaje się do każdej szczepionki jako adiuwanty*.

Dr Andrew Moulden** zajmował się przypadkami udarów mózgu i doszedł do wniosku, że ich przyczyną są mikroudary spowodowane zatorami w małych naczyniach doprowadzających do mózgu krew. Idąc po nitce do kłębka dr Moulden doszedł do przyczyny owych zatorów, którą okazała się obecność we krwi związków glinu. Skąd związki glinu we krwi? Drążąc temat dalej, dr Moulden odkrył, że ze szczepionek.
 I tutaj rodzi się pytanie, które nas intryguje najbardziej, a wcześniej intrygowało zapewne także dra Mouldena: Jakimż to sposobem drobniuteńkie cząsteczki związków glinu, tysiące razy mniejsze od średnicy naczynia krwionośnego, mogą spowodować zator tegoż naczynia? Fizycznie niemożliwe, a jednak... Wyjaśnienie tego paradoksu ukazuje, jak wielki potencjał kryje się w niedocenianym należycie przepływie informacji na poziomie komórkowym, a także, jak tragiczne konsekwencje może mieć zakłócenie w ich przepływie.

Glin ani jego związki nie występują w organizmie ani jako element budowy komórek, ani nie pełnią w nim jakiejkolwiek funkcji. Po prostu natura nie przewidziała obecności tego pierwiastka ani jego związków w organizmie człowieka, aż tu nagle, po wstrzyknięciu szczepionki, pojawiają się one wszędzie – w każdej kropli krwi, w każdym zakątku ciała. W tej sytuacji wszystkie przeciwciała wysyłają sygnał alarmowy, który pobudza wszystkie przebywające we krwi monocyty. Pobudzone monocyty, jak już wiemy, migrują do ścian naczyń, po których zaczynają się toczyć. Spodziewają się, że w którymś miejscu napotkają odpowiednio przygotowaną, ścieńczałą ścianę naczynia krwionośnego, przez którą wpełzną w rejon stanu zapalnego, ale... nic takiego nie następuje.

Kiedy monocyty są w miarę równomiernie rozłożone w strumieniu krwi, swobodnie się tam mieszczą, ale gdy wszystkie toczą się po ścianach tętnic, robi się ciasno. W miarę zbliżania się do naczyń włosowatych tętnice są coraz cieńsze, toteż monocytom jest coraz ciaśniej, a w samych naczyniach włosowatych wręcz tłoczno.

Stłoczone monocyty potrafią tak ciasno wypełnić wewnętrzną powierzchnię ściany naczynia włosowatego, że zablokują do niej dostęp erytrocytów (krwinek czerwonych), uniemożliwiając tym samym wymianę gazową. W takim wypadku okoliczne komórki, pozbawione tlenu i możliwości wydalenia dwutlenku węgla, po prostu duszą się i umierają.

Po jakimś czasie, którego oficjalne źródła nie podają, wątroba wyłapuje z krwiobiegu związki glinu, więc monocyty z powrotem powracają do strumienia krwi i wszystko wraca do normy, jakby nic się nie wydarzyło. Pozostają tylko martwe komórki.

Mikroudary, czyli niewielkiej grupy obumarłych komórek, są niewykrywalne w standardowych badaniach, takich jak rezonans magnetyczny czy USG, bowiem niezbędny jest do tego specjalistyczny sprzęt kliniczny. Dr Moulden przeprowadzał badania na takim właśnie sprzęcie i zaobserwował, że mikroudary występują po każdym szczepieniu, i że dotyczą każdego, bez względu na wiek. Mogą wystąpić w każdym miejscu ciała i wszędzie są mniej lub bardziej groźne, ale najgroźniejsze są mikroudary usytuowane w mózgu, zwłaszcza w przypadku dzieci, których mózgi dopiero się rozwijają, więc mikroudary w najlepszym przypadku wstrzymują ów rozwój, w najgorszym cofają.

Przykład na pozór niewinnych adiuwantów jako sprawców poważnych następstw przybliża nam to, do czego zmierzamy, mianowicie komunikacji na poziomie komórkowym, świadczy on bowiem dobitnie, że system odpornościowy w zasadzie opiera się na przepływie komunikacji na poziomie najniższym – międzykomórkowym. Jest to fakt znany nauce, ale już co do nośnika tych informacji, jasności nie ma.

Nie można tego żadnymi znanymi nauce ustrojstwami zbadać, żeby stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, aliści nauka w takich wypadkach tworzy rozwiązania alternatywne – teorie. Tak więc teoria biopola stany przewlekłe, wynikające z buksowania systemu odpornościowego, przypisuje zakłóceniom w przepływie informacji między komórkami, nośnikiem której jest bioenergia. Jeśli zatem podpole energetyczne jest swoistą czarną dziurą w kosmosie organizmu, to jawi się jasne i oczywiste, iż żadne informacje z niej nie przenikają, a więc obszar objęty podpolem energetycznym pozostaje de facto wyjęty spod kontroli organizmu. Jest to sytuacja sprzyjająca rozwojowi patologii. Zmiany patologiczne zazwyczaj mają za sobą długą historię, czyli że niepostrzeżenie rozwijają się latami, zanim rozrosną się na tyle, że przekroczą granice podpola energetycznego, i tym samym zwrócą na siebie uwagę systemu odpornościowego, który zaalarmowany o nagłym, w jego mniemaniu, pojawieniu się w organizmie masywnej patologii, zaczyna działać w sposób adekwatny, czyli gwałtownie, a więc chaotycznie.
* Adiuwanty to substancje zwiększające bądź wywołujące odpowiedź immunologiczną na obecność antygenu. Termin adiuwant (łac. adiuvare – pomagać) został wprowadzony w roku 1926 przez francuskiego weterynarza Gastona Ramona (1886 -1963), który wsławił się odkryciem, że dodanie do szczepionek przeciwko tężcowi i błonicy substancji takich jak agar, tapioka, lecytyna, olej krochmalowy, saponiny, czy nawet okruchy chleba, powoduje wzrost miana antytoksyn tężcowych i błoniczych.

** Dr Andrew Moulden (1963 - 2013) był wybitnym kanadyjskim neurologiem i wszechstronnie wykształconym naukowcem (licencjat z biologicznej psychologii, tytuł magistra w dziedzinie rozwoju dziecka, doktorat z neuropsychologii klinicznej, tytuł magistra medycyny ze specjalizacją w psychiatrii i neuropsychiatrii). Dr Moulden powiązał problemy neurologiczne dzieci z zawartymi w szczepionkach związkami glinu. Zgromadził kilka tysięcy zdjęć twarzy dzieci przed i po szczepieniu, na których widać charakterystyczne zmiany w ich wygładzie, świadczące o przebytym mikroudarze mózgu (opuszczone kąciki ust, przeszklone oczy, cienie pod oczami). W kwicie wieku i idealnym stanie zdrowia dr Andrew Moulden zmarł w niejasnych okolicznościach. Większość zgromadzonej kolekcji zdjęć zaginęła.

Chaotyczna, a więc nieuporządkowana reakcja systemu odpornościowego w wypadku wykrycia masywnej patologii skutkuje pojawieniem się na jej obrzeżach olbrzymiej ilości makrofagów. Zwykle jest ich tak dużo, że pokrywają całą powierzchnię patologicznego fragmentu tkanki. Z pozoru robi się niebezpiecznie, bowiem kolejne makrofagi, przybywające w miejsce stanu zapalnego, nie mogą przebrnąć przez szczelną warstwę utworzoną przez ich poprzedników, więc efekt jest taki, warstwa makrofagów robi się nie tylko coraz szczelniejsza, ale także coraz grubsza. Tym sposobem tworzy się coś na kształt powłoki izolującej część patologicznie zmienionej tkanki, od teraz zwanej guzem, od tkanki zdrowej.

Po wyznaczeniu granic patologicznie zmienionej tkanki, czyli wyizolowaniu guza, makrofagi pobierają z krwi cząsteczki cholesterolu LDL, których na dobrą sprawę stale powinno być tam pod dostatkiem. Napełnione cholesterolem makrofagi przemieniają się w makrofagi piankowate, których specyficzną cechą jest umiejętność trwałego łączenia się z innymi makrofagami. W ten sposób powstaje zadziwiająco trwała struktura – torebka guza. Mówimy wówczas, że guz się otorbił.

Są dwa rodzaje otorbienia – prawidłowe, czyli bez zrębu, oraz patologiczne, czyli ze zrębem.
 
Zrąb to po prostu zaczerwienienie – sieć naczyń krwionośnych, które powstały w procesie inicjowania stanu zapalnego. Jeśli torebka guza jest szczelna, to jej wnętrze pozostaje poza zasięgiem systemu odpornościowego, w związku z czym zrąb przestaje być potrzebny i zanika. W tej sytuacji komórki uwięzione wewnątrz torebki zostają pozbawione tlenu, więc powoli giną.

Dopóki komórki objęte otorbieniem są żywe, przynajmniej ich część, nazywa się ono guzem, natomiast gdy komórki wypełniające otorbienie obumrą całkowicie, nazywa się ono torbielą. Typowa torbiel, jak ta opisywana niniejszym, przechodzi kilka faz destrukcji, którym nadaje się specyficzne nazwy.

Torbiel – rzec można – płynna wypełniona jest po brzegi ropą, czyli fragmentami obumarłych komórek zmieszanymi z osoczem, które niemalże w całości składa się z wody. W miarę odwadniania ropa wypełniająca torbiel gęstnieje, a torbiel maleje. Całkowicie odwodniona torbiel nosi nazwę torbieli zastoinowej. Wypełniająca ją treść to białawe, wyglądem przypominające kaszę fragmenty komórek. Podskórne torbiele zastoinowe nazywane są kaszakami.

Pozostawiona sama sobie torbiel zastoinowa ulega powolnemu wapnieniu i ostatecznie przestaje być torbielą, bowiem zanika niepotrzebna już torebka. Pozostaje jedynie swoisty sarkofag, czyli – jak się to zwie – zwapnienie: białoszary twór o strukturze pumeksu.

Przez znakomitą większość dziejów guzy otorbione nieposiadające zrębu nikomu w niczym nie przeszkadzały, nade wszystko dlatego, że nikt nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia. Sytuacja zmieniła się diametralnie wraz z rozwojem przemysłu onkologicznego, dla którego dożycie późnych lat starości w dobrym zdrowiu pomimo istnienia w ciele otorbionego guza jest stratą niepowetowaną. Na tę okoliczność wymyślono hasło, które gawiedź szybko podchwyciła, że nie ma ludzi zdrowych, co najwyżej niektórzy są źle zdiagnozowani. 

Ruszyła machina badań wszystkich i przy byle okazji, a nawet bez okazji, w ramach tak zwanych darmowych badań w programie tak zwanej profilaktyki nowotworowej i w konsekwencji... należące niegdyś do rzadkości zgony z powodu raka... stały się codziennością. Oczywiście, że same badania nie wywołują raka, jednakże następujące po nich procedury medyczne, głównie dźganie torebki guza igłami, który to barbarzyński proceder zwie się biopsją, mają charakter ewidentnie rakotwórczy, i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze, rozszczelnienie torebki guza skutkuje wysypaniem się zawartości, którą mogą być komórki nowotworowe. Tym sposobem badany narażony jest na odległe przerzuty, przed którymi organizm chciał się uchronić za pomocą bezpiecznej ochrony jaką, jego zdaniem, daje szczelne otorbienie guza. Po wtóre, rozszczelnienie torebki guza odsłania jej zawartość, co w konsekwencji prowokuje system odpornościowy do zainicjowania stanu zapalnego, nieodłącznym elementem którego jest stanowiące zrąb guza zaczerwienienie.
 
Zrąb towarzyszy guzowi, którego torebka nie jest szczelna. Do końca nie wiadomo, jaka jest przyczyna nieszczelności torebki guza, toteż pozostają domniemania, tj. założenia z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem. Jedną z prawdopodobnych przyczyn niepełnego, a więc nieszczelnego otorbienia guza, której nie możemy nie brać pod uwagę, jest niedostateczna ilość we krwi cholesterolu LDL, który, o czym powinniśmy pamiętać, jest niezbędny do wytworzenia makrofagów piankowatych.

Do powyższego muszę jeszcze dopisać mechaniczne uszkodzenie szczelnej wcześniej torebki guza. Tutaj akurat to nie domniemanie, lecz wiedza praktyczna, nieraz bowiem miałem okazję zaobserwować,  badając palcami, guzy tarczycy bądź piersi, które po biopsji pokrywają się nieregularną włóknistą otoczką – ani chybi zrębem.

W atawistycznym zamyśle natury pozostawienie luk w torebce guza i wytworzenie zrębu, istotą którego jest wprowadzenie naczyń krwionośnych do wnętrza guza, ma zapewne na celu usunięcie zamkniętych tam komórek, niewykluczone, że nowotworowych. Za takim rozwiązaniem przemawia fakt, że guzy, które udaje się usunąć całkowicie, to wyłącznie guzy aktywne, czyli te, którym towarzyszy stan zapalny, świadczący o tym, że organizm, a konkretnie jego system odpornościowy – jak się powszechnie uważa i jak mantrę powtarza – broni się, a w rzeczywistości atakuje komórki uwięzione w torebce guza.

Naczynia krwionośne zrębu mają za zadanie wprowadzenie monocytów do wnętrza komórek wydzielonych od podłoża poprzez otorbienie, w celu pożarcia ich, aliści mimochodem te same naczynia krwionośne dostarczają owym komórkom substancji odżywczych, dzięki czemu mogą one nie tylko przetrwać, ale także rozmnażać się, co w szczególnych przypadkach może doprowadzić do sytuacji paradoksalnej, w której komórki pożarte przez monocyty są zastępowane przez komórki rozmnożone. O takim guzie mówi się, że system odpornościowy trzyma go w ryzach, czyli że na razie jest dobrze, ale może być źle, gdy system odpornościowy z jakiegoś powodu osłabnie, a komórki uwięzione w guzie okażą się nowotworowymi.

Komórki nowotworowe ze swej natury są nieporadne – nie tworzą zorganizowanej tkanki, nie pełnią jakichkolwiek funkcji, nie potrafią się bronić; są bo są. Ten fakt próbuje wykorzystać współczesna onkologia, wprowadzając do krwiobiegu chorego niezwykle mocne trucizny, zakładając prymitywnie, że zdrowe komórki jakoś przetrwają, zaś nowotworowe... jakoś wyginą. Szkopuł w tym, że, po pierwsze, osłonięte torebką komórki nowotworowe mają ograniczony dostęp do substancji rozprowadzanych z krwią, są więc w jakiś sposób chronione, za to pozostałe komórki mają swobodny dostęp do substancji rozprowadzanych z krwią, są więc niczym mięso armatnie w rękach onkologów. Po wtóre, trucizna wprowadzona do krwi musiałaby zabić absolutnie wszystkie komórki nowotworowe, nie pozostawiając nawet kilku, co jest po prostu niewykonalne. W tych realiach istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, graniczące z pewnością, że nawet z jednej komórki nowotworowej, niczym Feniks z popiołów, odrodzi się dorodne raczysko. Dorodne, bo tym razem nie będzie miał go kto utrzymać w ryzach, ponieważ system odpornościowy poległ w nierównej walce z potwornymi skutkami chemioterapii. Nie trzeba być szczególnie dociekliwym obserwatorem, żeby stwierdzić, że taka właśnie jest rzeczywistość. Skoro tak, to dlaczego oni to robią? Dla pieniędzy. Ale dlaczego ludzie na to idą? Oto jest pytanie!

Niezorientowanych chcę poinformować, że opisana powyżej metoda to nie jest scenariusz horroru, jakby się mogło wydawać, lecz standardowa procedura procederu zwanego onkologią, który to biznes, bo tak naprawdę jest to tylko i wyłącznie biznes, rości sobie prawo do monopolu, czyli że nie dopuszcza rozwiązań alternatywnych, takich zaś jak ja, co to nawet nie robią biopsji, a więc nie wiedzą, z jakim guzem mają do czynienia, nazywa szarlatanami.

Mnie nie interesuje, czy stan zapalny to guz, a jeśli guz, to czy nowotworowy, a jeśli nowotworowy, to czy złośliwy, a jeśli złośliwy, to jakiego stopnia złośliwości. Stan zapalny to stan zapalny – jaki by nie był, jeśli jest przewlekły, jest niebezpieczny, bowiem świadczy o tym, że system odpornościowy zabuksował, więc trzeba go jakoś wspomóc, żeby ruszył z miejsca. Robię to przez ogniskowanie.

Mówiąc najprościej, przykładam dłoń w miejscu, w którym wykryłem stan zapalny, i czekam. Wprzódy nic się nie dzieje, ale po jakimś czasie, rozmaicie długim, zależnym od przypadku, wyczuwalna pod dłonią powierzchnia stanu zapalnego zaczyna maleć, czyli ogniskuje się. Z czasu, w którym nic się nie dzieje, biorąc po uwagę szybkość ogniskowania, mając w tym względzie olbrzymią praktykę, potrafię w miarę precyzyjnie określić, jak długą historię ów stan zapalny za sobą ma – ile dni, tygodni, miesięcy, lat. Chory, nie kryjąc wielkiego zdziwienia, potwierdza to. Ze strony technicznej nie ma to większego znaczenia, ale u chorego wywołuje przeświadczenie, że ten tu bioenergoterapeuta wie wszystko, a więc potrafi wszystko. Nie jest to oczywiście prawdą, ale na ludzi to po prostu działa, dzięki czemu stają się otwarci bądź, jeśli wcześniej byli, bardziej otwarci, jeśli czyli podatni na działanie bioenergoterapii, co przekłada się bezpośrednio na współudział ich podświadomości w seansie bioenergoterapeutycznym. Jeżeli oba te czynniki sprzęgnie się w synergię, afekt może zadziwić nawet doświadczonego bioenergoterapeutę, który widział już niejedno.

Od razu chcę tutaj odeprzeć zarzut, stawiany najczęściej przez środowisko lekarskie, że posługuję się sugestią. Oczywiście, że to robię, nawet z premedytacją, ale co to za zarzut? Prawda jest taka, że gdyby sugestię udało się zapakować w tabletki i sprzedawać w aptekach, to firmy farmaceutyczne natychmiast by to opatentowały, zaś tabletki sugestii byłyby najczęściej przepisywanym przez lekarzy lekiem na świecie. A tak, skoro nie można jej sprzedać, leczenie sugestią jest najczęściej stawianym zarzutem...

Ale wróćmy do ogniskowania stanu zapalnego, które od strony energetycznej wygląda inaczej, aniżeli opisane wcześniej ogniskowanie fizyczne, polegające na schodzeniu się czerwonej otoczki do ogniska zapalenia. To następuje później – po kilku godzinach, czy nawet dniach. Ogniskowanie energetyczne przebiega wyłącznie na poziomie energetycznym i polega na ogniskowaniu nadpola energetycznego, którego istotą, w przeciwieństwie do podpola energetycznego, jest nadmiar informacji na poziomie komórkowym.

Wszędzie – to takie słowo-wytrych, co to nie wiadomo, co znaczy, ale też lepszego na tę okoliczność nie ma – no więc wszędzie mówi się i pisze, żeby odporność wzmacniać, rzekomo dlatego, jeśli chorujemy, to znaczy, że nasza odporność jest słaba, a więc wymaga wzmocnienia. To są oczywiste bzdury. Długotrwała choroba, której towarzyszy przewlekły stan zapalny, świadczy dobitnie, że system odpornościowy pracuje na pełnych obrotach, ale buksuje. Tak jak buksujące auto nie ruszy z miejsca, jeśli będziemy dodawać gazu, tak system odpornościowy nie ruszy z miejsca, jeśli będziemy go wzmacniać. Żeby ruszyć z miejsca, należy zdjąć nogę z gazu, trochę cofnąć, a potem powoli ruszyć do przodu.

Zogniskowanie przewlekłego stanu zapalnego ma na celu chwilowe unieruchomienie buksującego systemu odpornościowego, co pozwoli mu ruszyć do przodu, czyli doprowadzić stan zapalny do przełomu chorobowego, po którym, jak wiadomo, następuje samoistne ustępowanie objawów chorobowych.

Wszystko zależy od tego, jak rozległy jest stan zapalny. Jeśli jest bardzo rozległy, to może nie udać się zogniskować go podczas jednego zabiegu. Technicznie wygląda to tak, że wyczuwalny zakres stanu zapalnego na początku zmniejsza się i wszystko wydaje się być jak należy, aż w którymś momencie... stop – ani drgnie. Dalsze trzymanie dłoni w tym miejscu nie ma sensu, bo i tak nic to nie da. Co wtedy począć? Po prostu trzeba przyjąć do wiadomości, że system odpornościowy, z tylko sobie wiadomego powodu, nie chce bądź nie może wyhamować całkowicie, przez co będzie jeszcze jakiś czas, może nie na wszystkie koła, ale jednak buksować. Są to przypadki wymagające indywidualnego podjęcia decyzji co do dalszego postępowania. Zwykle wyznaczam wizytę po trzech tygodniach, ale bywa też, że na drugi dzień. Tutaj nie ma sztampy. Na moją decyzję wpływ ma cały szereg przesłanek, więc nie jestem w stanie wymienić ich wszystkich, a wybranie niektórych nie naprowadzi czytelnika na trop. To wynika z długoletniej praktyki i czegoś nieokreślonego, co, z braku lepszego słowa, nazwę intuicją. Zazwyczaj za drugim albo trzecim podejściem udaje się zogniskować przewlekły stan zapalny i wyprowadzić system odpornościowy z buksowania. 

Odczuwanie oddziaływań bioenergetycznych podczas zabiegu ma pewien wpływu na jego skuteczność, bowiem niemalże namacalnie przekonuje nawet niedowiarka, szczególnie jego podświadomość, że dokonywane na jego organizmie operacje energetyczne nie są jakimiś teoretycznymi wymysłami, lecz dzieją się całkiem realnie. Zjawisko to zwie się podatnością. Niewielki odsetek (3-5 %) ludzi jest całkowicie niepodatnych na oddziaływanie bioenergoterapeuty. Muszę przyznać, że u nich o wiele trudniej jest uzyskać pożądane efekty, nie znaczy to bynajmniej, że nie można.

Większość ludzi wykazuje średnią podatność na oddziaływania bioenergetyczne. Oni najczęściej nie czują oddziaływań bioenergetycznych podczas pierwszego zabiegu, ale szybko się uwrażliwiają, dzięki czemu z każdym kolejnym zabiegiem czują coraz więcej, w związku z czym efektywność bioenergoterapii jest u nich coraz większa.

Niewielki odsetek (3-5 %) ludzi jest szczególnie podatnych na oddziaływanie bioenergetyczne, które odczuwają już od pierwszego seansu. Ludzie ci, oprócz odczuć, nierzadko widzą przepływ bioenergii w ich organizmie. Najprawdopodobniej ludzie z tej grupy są najlepszymi kandydatami na bioenergoterapeutów.

Ludzie średnio podatni na oddziaływania bioenergetyczne najczęściej odczuwają je jako ciepło. Bardziej podatni mogą odczuwać także zimno. Częstym odczuciem podczas zabiegu bioenergoterapeutycznego jest mrowienie. Najbardziej pożądanym przeze mnie odczuwaniem, o które najczęściej dopytuję, jest odczuwanie przez pacjenta ciężkości. Pojawia się ono wówczas, gdy na drodze przepływającej bioenergii stanie zastała, a więc patologiczna, bioplazma. Własnym postrzeganiem pozazmysłowym nie potrafię tego stwierdzić, dlatego jest mi potrzebna pomoc pacjenta.

Podczas seansu zadaję pacjentom jedno proste pytanie: czy czuje pani/pan ciężar? Tutaj najlepiej określić, czy ktoś jest szczególnie podatny na bioenergoterapię, średnio, czy w ogóle. Tylko nieliczni potrafią odpowiedzieć bez wahania, czy i gdzie czują ciężar. Czy ma on kształt kamienia, który można wskazać palcem, czy też jest to ciężka płyta, przygniatająca głowę, gardło, klatkę piersiową, brzuch albo nogi. Większość trochę się waha, ale w końcu odpowiadają, czy i gdzie czują ciężar, albo że nic takiego nie czują. Nieliczni długo się zastanawiają, nawet wypytują, jaki to ma być, ten ciężar. Mam wrażenie, iż oczekują, że nie chodzi tutaj o odczucie subtelne, lecz o odczucie obiektywne, jak walnięcie młotkiem.

Ta ostatnia grupa, choć nieliczna, sprawia mi najwięcej trudności. Nie wiem bowiem, czy nie odczuwają żadnego ciężaru, bo w ich ciele nie ma żadnej blokady, a więc wszystko jest w porządku, czy nie odczuwają ciężaru, bo wszystko mają zablokowane, a wiec nic nie jest w porządku, czy może coś pomiędzy tym.

Większość podręczników bioenergoterapii zaleca sprawdzenie czakr przed zabiegiem. Ja nie robię tego, ponieważ nie widzę w tym logiki. Skoro pacjent przyszedł do mnie jako chory, to siłą rzeczy jego czakry nie mogą funkcjonować prawidłowo. Ważne natomiast jest, żeby jego czakry funkcjonowały prawidłowo po wyjściu z mojego gabinetu, a więc po zabiegu bioenergetycznym. W celu sprawdzenia, a w razie potrzeby także przywrócenia prawidłowego funkcjonowania nie tylko czakr, ale także meridianów, stosuję typowe zabiegi bioenergoterapeutyczne – obwodzenia i passy.


Podczas obwodzenia obie dłonie ustawiam poziomo, równolegle do siebie, około 30 cm nad leżącym pacjentem, ale nieco z boku, a następnie przesuwam dłonie od jego głowy do stóp i z powrotem, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, po linii zbliżonej do elipsy. Wykonując te eliptyczne ruchy, zbliżam dłonie do ciała pacjenta na odległość, z której wyraźnie odczuwam jego biopole*.

Sprzężenie biopola pacjenta oraz biopola dłoni bioenergoterapeuty to właśnie opisywany przez Mesmera magnetyzm. Na początku obwodzenia pacjent czasami może mieć wrażenie, jakby jakaś siła unosiła go w górę, a czasami jakby wgniatała go w dół. Jest to objaw istnienia w jego ciele blokad energetycznych, które uniemożliwiają swobodny przepływ bioenergii w jego ciele, co przekłada się na funkcjonowanie czakr.

Magnetyzm dłoni pozwala „zabełtać” bioenergią ciała pacjenta, dzięki czemu następuje nie tylko zniwelowanie wszelkich blokad energetycznych, ale także usunięcie tworzącej owe blokady skondensowanej bioplazmy. Większość pacjentów wyraźnie czuje, jak ciężka i zimna bioplazma opuszcza ich ciało – najpierw głowę przez czakrę potylicy, następnie klatkę piersiową przez ręce, wreszcie resztę ciała przez nogi. Zabieg kończę strzepując energicznie z dłoni nagromadzoną, chorobową bioplazmę, która przyczepia się do moich dłoni niczym do magnesu. Nierzadko nie wystarczy jedno strzepnięcie i potrzeba ich kilka, by uwolnić się od nieprzyjemnego uczucia oblepienia dłoni lepką bioplazmą.

Ostatnim wykonywanym przeze mnie zabiegiem bioenergoterapeutycznym są passy, zwane też pociągnięciami. Podczas tego zabiegu dłonie ustawiam prostopadle do ciała pacjenta, rozstawiam je na szerokość jego głowy, i powoli przesuwam wzdłuż, aż do stóp. Odległość moich dłoni od ciała pacjenta nie jest przypadkowa, chodzi bowiem o to, by tylko palce były zanurzone w biopolu, natomiast reszta dłoni pozostawała poza jego biopolem. To pozwala mi się skupić wyłącznie na odczuciach w palcach.


Przesuwając dłonie wzdłuż ciała pacjenta, odczuwam w opuszkach palców delikatne wprawdzie, ale wyraźne pulsowanie, odpowiadające częstotliwości jego wibracji energetycznych. Szczególną uwagę zwracam na to, czy intensywność pulsowań w palcach obydwu rąk jest taka sama; czy są symetryczne, co świadczy o prawidłowym funkcjonowaniu czakr.

Asymetria pulsowania pomiędzy palcami obu rąk oznacza, że znajdująca się pomiędzy nimi czakra funkcjonuje nieprawidłowo. Wówczas przerywam zabieg i usprawniam czakrę. Następnie rozpoczynam zabieg od początku, aż do skutku, czyli usprawnienia funkcjonowania wszystkich czakr. Zabieg kończę energicznym strzepnięciem z dłoni oblepiającej je bioplazmy.

Po każdym seansie dokonuję ablucji**. Zawsze używam do tego bieżącej wody. Niektórym bioenergoterapeutom wystarczy naczynie z wodą, ustawione gdzieś w kącie gabinetu, do którego strzepują bioplazmę, innym wystarczy miska, w której zamaczają dłonie, ja zaś muszę mieć wodę bieżącą.

Raz czy dwa zdarzyło mi się nie mieć dostępu do wody bieżącej. Dawno, dawno temu, gdy bioenergoterapia była jeszcze nielegalna, przyjmowałem, jak większość moich kolegów po fachu, w salkach katechetycznych. Teraz byłoby to raczej niemożliwe, ale wówczas nie było jeszcze ruchów new age ani dewotów wsadzających do jednego worka okultystów stosujących czarną magię i solidnych rzemieślników, stosujących w swej praktyce opartą na podstawach naukowych bioenergoterapię. Dla mnie było to dość wygodne, ponieważ ksiądz ogłaszał z ambony dzień przyjęć, więc pacjentów nigdy mi nie brakowało. Wręcz przeciwnie – często pacjentów było za dużo, przez co musiałem pracować do późna w nocy.

Któregoś razu byłem poproszony do małej wioski, w której dopiero co wybudowano salkę katechetyczną, która już funkcjonowała, była nawet łazienka, tylko że nie była jeszcze doprowadzona do niej woda. Przyniesiono mi więc wodę w wiadrze. Po przyjęciu pierwszego pacjenta zanurzyłem dłonie w wodzie i było wszystko w porządku – oblepiająca je bioplazma pozostała w wodzie. Jednak za drugim razem stała się rzecz dziwna – nowa bioplazma nie dość, że nie zeszła z moich dłoni, to jeszcze przeszła na nie ta poprzednia, pozostawiona w wiadrze. Nie było wyjścia – musiałem przerwać przyjmowanie pacjentów tego dnia.

* Biopole to umowna, dość ogólna nazwa emanacji bioplazmy i bioenergii organizmów żywych. Często nazywane bywa aurą.

** Ablucja (łac. ablutio – obmycie) – symboliczne obmycie ciała lub jego części (najczęściej rąk) bądź przedmiotów kultowych.

Autor: Józef Słonecki