Cholesterol a inne przeciwutleniacze

Praktykowane od niepamiętnych czasów leczenie lekami naturalnymi dawało efekty raczej mizerne, więc medycyna zupełnie niedawno, bo w drugiej połowie XX wieku postawiła na sztuczne substancje chemiczne, mające jakoby przyczynić się do zlikwidowania wszystkich chorób. Takie były zapewnienia. W rzeczywistości leki chemiczne nie tylko nie zlikwidowały chorób, ale wręcz rujnują zdrowie. Z początkiem XXI wieku medycyna wykonała kolejny zwrot i wyszła z propozycją leków pochodzenia naturalnego dla tych, którzy zawiedli się na lekach chemicznych. Przykładem może być walka z cholesterolem, w której jako alternatywę dla statyn proponuje się leki pochodzenia naturalnego, zwane suplementami diety – że to niby nie leki, tylko takie sobie dodatki do diety... z długą listą chorób, które rzekomo leczą.

Z tymi suplementami diety to dziwna spawa. Niby nie leki – ale leczą, niby naturalne – ale w naturze nie występują. Skąd więc się wzięły, skoro przedtem nikt o nich nie słyszał?

Suplementy diety pojawiły się wraz ze wzrostem produkcji owocowych i warzywnych soków, w której jako odpady pozostają wytłoczyny zawierające mnóstwo wartościowych substancji. Najpierw powstały firmy skupujące owe odpady w celu pozyskania pektyn stosowanych jako zagęstniki w produkcji żeli, galaretek i innych produktów żywnościowych.

Kolejnym przełomowym krokiem w wykorzystaniu poprodukcyjnych wytłoczyn było pozyskanie z owoców grejpfrutów goryczki, czyli stosowanego także do wykonania mikstury oczyszczającej ekstraktu z grejpfruta.

Następnie, wraz z rozwojem rynku owocowych i warzywnych soków, ruszyła przysłowiowa lawina produktów pozyskiwanych z wytłoczyn poprodukcyjnych, głównie witamin, substancji witaminopodobnych, także niektórych minerałów.

Pojawienie się leków pochodzenia naturalnego z jednej strony, a także rosnące niezadowolenie z efektów medycyny opartej o leki chemiczne z drugiej, otworzyły drogę rozwoju tak zwanej medycyny naturalnej. W gruncie rzeczy zajmuje się ona tym samym, co medycyna konwencjonalna (zwalczaniem objawów), mimo to odejście od leków chemicznych spowodowało, że medycyna oparta na lekach pochodzenia naturalnego stała się bardzo popularna.

By poszerzyć asortyment leków będących w dyspozycji medycyny naturalnej, zaczęto pozyskiwać je z odpadów poubojowych, a także odpadów powstających w przetwórstwie rybnym.

W ten sposób powstał wart dziesiątki miliardów dolarów rynek leków bez recepty – suplementów diety pochodzenia naturalnego. Pytanie tylko, jak te leki mają się do natury, ile mają z nią wspólnego? – zwłaszcza że nie są one wytwarzane w fabrykach przemysłu spożywczego, w których produkuje się żywność, lecz są wytworem fabryk przemysłu farmaceutycznego, specjalizującego się w produkcji lekarstw.

Pierwszą fazą procesu produkcyjnego jest rozpuszczenie odpadów w specjalnych kwasach organicznych, dzięki czemu uzyskują one postać półpłynną. Tak przygotowana breja trafia do mieszalnika, gdzie przy użyciu rozpuszczalników (najczęściej benzyny ekstrakcyjnej albo eteru, rzadziej spirytusu) ekstrahuje się z niej frakcję płynną, którą oddziela się od reszty poprzez rozwarstwienie w wirówce na poszczególne frakcje.

Frakcja zawierająca witaminy, minerały, koenzymy, fitoestrogeny, bioflawonoidy oraz inne wartościowe substancje stanowi półprodukt, z którego należy wydzielić poszczególne składniki. Ale jak to zrobić? – jak oddzielić witaminę B1 od witaminy B12, amigdalinę od koenzymu, cynk od wapnia? Ten etap produkcji suplementów diety jest objęty tajemnicą produkcji. Jedyne, co o nim wiadomo, to to, że używa się w nim odczynników chemicznych.

Konkludując należy stwierdzić, że suplementy diety pochodzenia naturalnego są rzeczywiście pochodzenia naturalnego... ale – zważywszy na chemiczną technologię ich produkcji – z naturą mają tyle samo wspólnego co margaryna, cukier w kostkach albo penicylina produkowana z naturalnej pleśni Penicillinum notatum. Jednak producenci oficjalnie nazywają je suplementami diety pochodzenia naturalnego, a nieoficjalnie także naturalnymi lekami, ponieważ jest to doskonały chwyt marketingowy – lep na tych, którzy zawiedli się na lekach chemicznych i poszukują czegoś innego, bardziej naturalnego. Ale czy leki pozyskiwane z odpadów mają więcej wspólnego ze zdrowiem od leków chemicznych, skoro mają robić dokładnie to samo? – leczyć objawy chorobowe.

Najpopularniejsze suplementy diety pochodzenia naturalnego to przeciwutleniacze (zwane antyutleniaczami, antyoksydantami, a nawet superantyoksydantami), które mają zastąpić chemiczne statyny w obniżeniu cholesterolu LDL. Ich producenci zapewniają, że leki pochodzenia naturalnego, jakimi są suplementy diety, nie wywierają na ludzki organizm jakichkolwiek działań szkodliwych. Czy rzeczywiście tak jest? Wszystkie sztuczne przeciwutleniacze działają tak samo, więc wystarczy opisać działanie jednego z nich, by móc zorientować się, o co w tej manipulacji chodzi. Jako przykład posłuży nam witamina C – najpopularniejszy sztuczny przeciwutleniacz mający zastosowanie w obniżeniu „złego” cholesterolu LDL dzięki wyłapywaniu wolnych rodników tlenowych.

Rodniki tlenowe to cząsteczki tlenu zawierające w swoim składzie atom z niesparowanym, a więc wciąż wzbudzonym elektronem. Ze względu na ów niesparowany elektron, rodniki bardzo łatwo wchodzą w reakcję z innymi cząsteczkami, zmieniając jej właściwości chemiczne, ale ów niesparowany elektron uniemożliwia stworzenie trwałego związku chemicznego, w związku z czym rodnik natychmiast uwalnia się i nadal jest gotowy do kolejnej reakcji z inną cząsteczką. W ten sposób wolne rodniki przechodzą z komórki na komórkę, pozostawiając po sobie ślad w postaci uszkodzeń.

Uszkodzonych komórek organizm nie regeneruje, lecz wymienia na nowe. Toteż swawolące wolne rodniki skracają nam długość życia przyspieszając wyczerpanie puli ilości możliwych powieleń aparatów kopiujących komórek głównych organów naszego ciała, szacowaną na około 50.

Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, to niszczenie uszkodzonych komórek jest wariantem optymistycznym, bowiem gorsze jest pozostawienie ich, gdyż łatwo stają się łupem pasożytów, głównie oportunistycznego grzyba Candida albicans, co także jest wariantem optymistycznym. Naprawdę groźne są uszkodzone komórki, które zachowały zdolność rozmnażania się, są to bowiem mutanty, czyli wczesne zmiany nowotworowe.

Mimo wszystkich tych wad, rodniki są wykorzystywane przez organizm w wielu życiowo ważnych procesach. W mitochondriach komórek rodniki tlenowe są niezbędne do inicjowania spalania tłuszczu, dzięki czemu wyzwalana jest energia. Rodniki tlenowe używane są również w procesach krzepnięcia krwi oraz w apoptozie, czyli zaprogramowanej śmierci komórki. Ze względu na ich zabójcze właściwości, także białe krwinki systemu odpornościowego używają rodników do niszczenia o wiele większych od siebie drobnoustrojów, na przykład wielokomórkowych pasożytów, wymierzając przeciwko nim swoją „wolnorodnikową artylerię”.

Praktycznych zastosowań rodników jest sporo, toteż każda komórka posiada ich po kilkadziesiąt. W normalnych warunkach aktywność rodników jest ściśle kontrolowana, zaś dla obrony organizmu przed tymi, które wymkną się spod kontroli, a więc staną się wolne, natura opracowała odpowiednią strategię.

Najczęściej spotykanymi rodnikami są rodniki tlenowe, zaś najlepszym sposobem okiełznania niesfornej cząsteczki wolego rodnika tlenowego jest trwałe związanie go z substancją łatwo utleniającą się, zwaną przeciwutleniaczem.

Często słyszy się, że natura dała nam w roślinach witaminy C i E jako witaminy młodości, gdyż utleniają one wolne rodniki tlenowe, dzięki czemu wydłużają nam życie. To oczywista bzdura, ponieważ natura dała te witaminy roślinom, które także są narażone na oddziaływanie wolnych rodników tlenowych. Natomiast ludzie i zwierzęta mają swój własny przeciwutleniacz – substancję wiążącą wolne rodniki tlenowe w trwałe związki – cholesterol LDL.

Cholesterol znajduje się we krwi – płynnej tkance łącznej docierającej bezpośrednio do większości komórek, nie tylko po to, by dostarczyć im potrzebnych substancji odżywczych, ale także po to, by w drodze powrotnej zabrać do wątroby substancje przeznaczone do wydalenia albo recyklingu. Cholesterol różnicuje się na dwie frakcje:

  • LDL to frakcja cholesterolu, której zadaniem jest utlenianie się, czyli związanie ze sobą każdej napotkanej w krwiobiegu wolnej cząsteczki tlenu.
  • HDL to frakcja cholesterolu, której zadaniem jest związanie ze sobą napotkanego w krwiobiegu utlenionego cholesterolu LDL i odprowadzenie go do wątroby.

W ten sposób cholesterol jako komplementarna całość pełni rolę przeciwutleniacza w organizmach ludzi i zwierząt.

Jest tylko jedna przyczyna wzrostu ilości cholesterolu – wzrost ilości wolnych rodników tlenowych. Inaczej mówiąc: zwiększony poziom cholesterolu we krwi nie jest patologią, lecz jest sygnałem, że ilość wolnych rodników tlenowych w organizmie przekroczyła bezpieczny poziom, w związku z czym fizjologiczny poziom cholesterolu we krwi nie wystarczy do ich utlenienia i wydalenia.

Klasyczną przyczyną wzrostu ilości wolnych rodników tlenowych w organizmie jest toksemia, w wyniku której następuje uszkodzenie komórek i uwolnienie z nich rodników tlenowych.

Niebagatelne znaczenie mają wolne rodniki tlenowe dostarczane do organizmu z pożywieniem. Istotną rolę odgrywają tutaj oleje wielonienasycone (w tym także tran, margaryna, potrawy smażone na oleju).

Trzecią grupę stanowią wolne rodniki tlenowe wnikające do organizmu drogą oddechową. Największe znaczenie mają tutaj wolne rodniki tlenowe znajdujące się w dymie papierosowym.

Organizm zawsze stara się wykorzystać gotowe substancje egzogenne, zamiast budować je od nowa. Nie inaczej jest w przypadku przeciwutleniaczy. Gdy zjadamy mięso zwierząt, to organizm wykorzystuje ich przeciwutleniacz, czyli cholesterol. Nie znaczy to bynajmniej, że cholesterol pokarmowy jest przyczyną wzrostu cholesterolu we krwi. Ma to miejsce wyłącznie w przypadku zwiększonej ilości wolnych rodników tlenowych. W tej sytuacji wyeliminowanie produktów mięsnych może spowodować spadek poziomu cholesterolu we krwi, ale tylko w przypadku niewydolności wątroby, będącej głównym miejscem produkcji cholesterolu endogennego.

Organizm może także wykorzystać przeciwutleniacze pokarmowe pochodzenia roślinnego, które mają zdolność redukcji wolnych rodników tlenowych. Połączenie diety bezmięsnej z dużą ilością przeciwutleniaczy pochodzenia roślinnego daje efekt spadku poziomu cholesterolu we krwi. Ale skąd wziąć przeciwutleniacze roślinne w ilości pozwalającej na spektakularne obniżenie cholesterolu?

Skondensowane dawki przeciwutleniaczy oferują producenci suplementów diety, spośród których najczęściej proponuje się witaminę C. Chciałoby się powiedzieć: już to przerabialiśmy – to lipa. Zwolennikiem witaminy C jako remedium na zdrowie był Linus Pauling (amerykański chemik, noblista), który zalecał i sam zażywał 18 g witaminy C dziennie, co jest ilością tysiąckrotnie przekraczającą zapotrzebowanie organizmu. Wyniki miał dobre, ale zmarł na raka prostaty, toteż z jego śmiercią moda na witaminę C skończyła się.

Obecnie moda na nienaturalne dla ludzkiego organizmu przeciwutleniacze powraca. Jej propagatorzy tłumaczą, że eksperyment Paulinga nie powiódł się, bo oparty był na witaminie C syntetycznej, a to nie to samo, co dostępne obecnie przeciwutleniacze pochodzenia naturalnego. Ale jakie to ma znaczenie, skoro organizm nadmiar witaminy C i tak wydala?

Gdzieś w tym wszystkim umyka rzecz najważniejsza – przyczyna. Jaki bowiem sens ma blokowanie objawów patologii, którą jest zbyt duża ilość wolnych rodników tlenowych w organizmie, bez usunięcia przyczyny tej patologii?

Autor: Józef Słonecki