Droga przez piekło

Był rok 1986. Miałem 12 lat. Byłem z bratem na stadionie na pokazach kaskaderskich. Wtedy to wszystko się zaczęło. W pewnej chwili przeszył mnie ogromny lęk i niepokój.

Za jakiś miesiąc jechałem na wakacje na Mazury. Z daleka od domu wszystko się nasiliło. Któregoś dnia poszliśmy zwiedzać miasto. W pewnej chwili usłyszałem jakiś wewnętrzny głos, który wypowiedział przekleństwo przeciw Bogu. Wywołało to u mnie ogromny lęk, a w dalszej części dnia niepokój i płacz. W kolejnych dniach wtrącały się inne przekleństwa (bluźnierstwa) skierowane na Boga i innych świętych. Jako młody chłopak przeraziłem się. Myślałem, że za to, co się stało, pójdę do piekła. Byłem załamany.

Po przyjeździe do domu zwierzyłem się tylko mamie – trochę mnie to uspokoiło. Ale to nie mijało. Gdy odmawiałem np. różaniec, do modlitwy wtrącały się inne słowa, które tworzyły się w bluźnierstwa. Było nawet tak, że sam musiałem wypowiedzieć jakieś bluźnierstwo przeciw Bogu, a nawet skrzywdzić obrazek święty, co po wszystkim wywoływało u mnie napady paniki, lęku i płaczu. Cały czas broniłem się przed możliwością wypowiedzenia jakiegoś zdania lub tekstu, w którym mógłbym "sprzedać" swoją duszę. Z czasem nauczyłem się z tym walczyć. Tym bardziej, że to nie trwało cały czas. Raz to się pojawiało, a raz zanikało. Jak czułem, że jakieś bluźnierstwo zaczyna się wypowiadać, to szybko wtrącałem jakieś swoje zdania – regułki, które miały za zadanie przenieść to na kogoś innego niż świętego (np. diabła). Trochę mi to pomagało. Bywało też tak, że trzeba było kilka razy wypowiedzieć jakąś regułkę, żeby wyjść z danego bluźnierstwa, a nawet wykonać jakąś czynność, z reguły kilka razy, żeby się to nie liczyło. Taka obrona przed tym stała się częścią mojego życia codziennego. Nauczyłem się z tym żyć. Pogodziłem się też z tym, że po śmierci jestem skazany na samo dno piekła. Szkoła, treningi piłkarskie jeszcze bardziej to zagłuszały. Czasami się to pojawiało, czasami zanikało, a jak się pojawiło, to regułki pomagały.

W szkole miałem straszne kłopoty w nauce, nie umiałem się na niczym skoncentrować, ani skupić uwagi. Zamiast słuchać na lekcjach, patrzyłem na wrony, które latały za oknem. Wzięła się we mnie ogromna chęć zapisywania wszystkiego co robię, ale po każdym zapisie wszystko trzeba było kilka razy do znużenia sprawdzać. Nawet w którejś klasie nauczycielka obserwując moje głupie miny i śmiech posłała mnie do psychologa, ale na badaniach wszystko wyszło w porządku.

Jednak pierwsze oznaki, że coś jest nie tak, pojawiły się już dużo przed 1986 r. Pamiętam, że miałem koszmary, które budziły mnie ze snu. Śniły mi się czarownice. Już w wieku przedszkolnym i później byłem strachliwym i płaczliwym dzieckiem.

W 1987 r. pojechałem na wakacje w góry. Z daleka od domu znowu wszystko zaczęło się nasilać. Zresztą zawsze w wakacje było najgorzej, bo miałem więcej czasu i mniej obowiązków.

Po powrocie, kiedyś w kościele usłyszałem, że kto by się odważył zbluźnić przeciw Duchowi Świętemu, będzie potępiony na wieki. Wtedy mnie przeszyło. Nie trzeba było długo czekać, aż z wewnątrz zaczęły się sypać bluźnierstwa przeciwko Duchowi Świętemu. Ta sytuacja jeszcze bardziej utwierdziła mnie w tym, że jestem skończony. Potrzeba było znów dużo czasu, żeby wymyślić coś na obronę. Broniłem się przed tym około trzy lata. Z racji tego, że czytanie o Duchu Świętym jest raz w roku, co roku unikałem tej mszy świętej, żeby tego nie usłyszeć. Bo wiedziałem, że jak to usłyszę, to wszystko się pogorszy. Mimo tego wszystkiego lubiłem chodzić do kościoła i miejsc świętych. Oprócz tego był jeszcze lęk przed śmiercią rodziców. Zawsze, gdy wracałem ze szkoły, bałem się, że już mama nie będzie żyła.

W 1990 r. byliśmy na wczasach z kolegami znowu z daleka od domu. Niepokój i lęk znowu się wzmogły, ale do tamtych natręctw doszły inne, które przyćmiły te opisane powyżej. Jeden z kolegów zauważył, że mam straszny biały nalot na języku i śmiał się, że mam HIV. Wtedy zaczął się lęk przed śmiercią. Bałem się zrobić badania krwi. Cały czas nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, że umrę. Dopiero jak po roku zrobiłem badania i nic nie wyszło, to lęk przed tym minął. Jednak nie trzeba było długo czekać, żeby pojawiły się kolejne lęki – tym razem przed końcem świata. Nie chciałem nic robić, ponieważ nie widziałem w tym sensu, kiedy i tak będzie koniec świata. Myśli o końcu świata nie dawały mi żyć. Trwało to do około 1996 r. W międzyczasie były takie zdarzenia, że patrzyłem w lustro, wytrzeszczałem oczy i mówiłem sam do siebie, że jestem głupi, a później nagrywałem to na magnetofon. Nie wiedziałem w ogóle, kim jestem – czy to ja, czy nie ja. Przypominam też sobie takie zdarzenie, kiedy wracałem z kolegą znad morza, to zamiast cieszyć się tym, co jest, i podziwiać widoki po drodze, to ja całe 700 km analizowałem jedną scenę. Chcąc czy nie chcąc musiałem ją analizować w głowie, choć było to strasznie głupie i proste, to i tak po powrocie do domu nie doszedłem do jej rozwiązania.

W latach 1992-1996 przybrałem znacząco na wadze. W mojej diecie przeważały słodycze. W zasadzie od zawsze miałem ogromną chęć na nie. Często poświęcałem dla nich obiad. Zjadałem je tonami. Większa waga ciała doprowadzała mnie natychmiast do złego samopoczucia, totalnego rozbicia, braku energii, męczliwości zamiarowej, krwawienia otarć i świądu odbytu (mama mówiła, że od dziecka jak siadałem na toalecie, to wychodziło mi jelito z odbytu), zaparcia i twarde stolce, niezdecydowanie, brak pewności siebie, stronienie od towarzystwa, stany lękowe, ospałość, krytykanctwo, nerwowość, wybuchowość, niecierpliwość (często z błahego powodu), dziwne zachowania: gdy było coś po mojej myśli – euforia, jak przeciwnie – depresja.

Wiedząc, że najadłem się dużo słodyczy, przez co przytyłem, biegałem dziesiątki kilometrów, żeby schudnąć. Po czym znowu jadłem dużo słodyczy, co prowadziło do powrotu do poprzedniej wagi. Stąd nadwaga i niedowaga na zmianę. Wszystkie wykonywane ćwiczenia i czynności powtarzałem do znużenia, aż mi się wszystko obrzydziło. Chcąc czy nie, musiałem czytać wybrane czasopisma, czasami do samego końca, żeby uzyskać zadowolenie lub zapisywać zdarzenia, które miały miejsce w danym dniu lub tygodniu czasami z przymusu.

O objawach, które opisuję, dowiedziałem się dopiero w latach 2010-2012.

Lata 1997-1999 były najlepsze w moim życiu. Postawiłem na dietę, schudłem do 70 kg, samopoczucie było przy głodówkach dużo lepsze. Jednak głodziłem się całymi dniami, nic nie jedząc i mało co pijąc, a do tego uprawiałem sport. Większość z w/w objawów zanikała, a pozostałe zmniejszyły się i nie wywoływały znaczącego niepokoju. Jedyne co się nie zmieniło, to krwawienia z okolic odbytu, dlatego miałem na to wykonany zabieg chirurgiczny. Nie zmieniło się też powtarzanie do znużenia wykonywanych czynności, zaczęła pojawiać się nadpobudliwość. Było jeszcze jedno zdarzenie warte odnotowania. Moja mama jeździła do bioenergoterapeuty, p. Bąka i kiedyś namówiła mnie na wizytę. Wystarczyło, że on mnie dotknął za ręce, a powiedział "Boże jaka nerwica!".

Od około 2001 r. wszystko zmieniło się o 100%. Ożeniłem się, przestałem stosować głodówki, popuściłem pasa, znowu zacząłem w dużych ilościach sięgać po słodycze i inne posiłki. Jednak tym razem waga nie wzrosła jak kilka lat temu z 70 kg do 76, tylko aż do 83 kg! Na efekty nie trzeba było długo czekać. Po pewnym czasie znów pojawił się ten przeszywający mnie lęk i niepokój, jednak z większą mocą. Ale teraz przelał się on na budowę domu i problemy z tym związane. Nerwy zajadałem dużą ilością jedzenia i słodyczy. Wrócił problem sprzed kilku lat – nadwaga, potem zrzucanie wagi i tak na okrągło. Język był biały aż do gardła. Praktycznie przestałem chorować – rzadko kiedy, a jeśli już, to był to stan podgorączkowy. Śmiałem się z innych, że chorują, a ja jestem okazem zdrowia, zresztą badania to potwierdzały, wszystkie wyniki idealne. Bodajże ostatni raz zachorowałem w 2005 r. Od 2005 r. mój stan zdrowia zaczął się pogarszać. Zauważyłem, że mimo przebywania na słońcu jestem bardzo blady i skóra w ogóle się nie opala, tak jak to było wcześniej. Do tego po wypiciu jakiegokolwiek alkoholu nawet w małej ilości następowały wymioty i plucie krwią. Dochodziły jeszcze do tego problemy przy budowie domu, nieustanna praca od rana do wieczora, wycieńczająca organizm. W niczym, co robiłem, nie było przyjemności, wszystko robiłem z przymusu. Lęki były coraz mocniejsze. Bywało, że siedząc, nie umiałem utrzymać głowy na właściwym poziomie. Zacząłem panicznie bać się burz, silnych wiatrów i trąb powietrznych. Bałem się, że pojawią się u mnie i zniszczą mi dom (i co inni o tym powiedzą). Lęk przed tym był tak mocny, że nie umiałem o niczym innym myśleć, a gdy był wiatr albo burza, to nie spałem całą noc. A po wszystkim nie umiałem dojść do siebie prawie przez tydzień. Unikałem prognoz pogody w telewizji i radiu, bo gdy usłyszałem niekorzystną prognozę, to mnie od razu paraliżowało i rzucałem od razu wszystkie podjęte prace. Nie umiałem tego lęku sobie w żaden możliwy sposób wytłumaczyć. Zacząłem do przesady wzmacniać dach i inne konstrukcje, ale i to nie pomagało – bałem się coraz bardziej. To samo było podczas jazdy samochodem lub lotu samolotem. W każdej chwili jazdy bałem się, że się coś zepsuje, albo coś złego się stanie. W nerwach odliczałem kilometry do końca podróży, a gdy już dojechałem, to bałem się przez cały pobyt, co się złego stanie lub zepsuje, gdy pojadę z powrotem. Czułem zagrożenie wszędzie, gdzie się tylko znalazłem. W tamtym roku zaczęła pojawiać się niska temperatura ciała, nawet 35 ºC. Poszedłem z tym do lekarza, który zalecił mi, żebym napił się ciepłej herbaty. W 2006 r. objawy się nasiliły jeszcze bardziej. Doszedł nieustający szum w uszach, nerwica żołądka (pojawiała się już dużo wcześniej – po każdym lęku kłuło mnie w żołądku), a lęk przed burzami i wichurami zaczął zmieniać się w nerwice lękowe i fobie. Do niepokojących lęków zaczęły dochodzić następne, bałem się, że wydłubię sobie oko, albo że połknę sobie język i się uduszę, ale lęk przed burzami był mocniejszy. Nie umiałem się z nim rozstać. Trwał do 6 sierpnia 2010 r.

W 2007 r. pogorszyło się jeszcze bardziej. Zaczęły pojawiać się zimne poty, temperatura ciała spadała nawet do 34,8 ºC oraz pojawiło się uczucie, że coś za mną chodzi albo stoi. Myśl o zrobieniu najprostszej rzeczy doprowadzała mnie do depresji i płaczu (dodam do tego, że jak wieszałem lampę w pokoju, co normalnie trwa około 1 godziny, ja to robiłem cały dzień i jeszcze przez tydzień ją poprawiałem, oglądając ze wszystkich stron, czy na pewno wisi równo, a i tak nawet po tylu sprawdzeniach nie byłem pewny, że jest to dobrze zrobione). Miałem całkowity brak energii i niesamowite krytykanctwo, a do tego dochodziła duża nerwowość i wybuchowość, z którą nie mogłem sobie poradzić, niechęć do jakichkolwiek spotkań towarzyskich (gdy miałem gdzieś jechać, wywoływało to u mnie wybuchy złości), zaczęły pojawiać się koszmary senne (oczywiście z burzami w roli głównej), przy których nie umiałem się obudzić (jakby coś trzymało mnie we śnie i nie chciało puścić, dopiero modlitwy wypowiadane we śnie powodowały nagłe przebudzenie), chrapanie, wszystko mnie niepokoiło, a jak nie mogłem sobie z czymś poradzić, to doprowadzało mnie to do paniki, a czasami nawet do płaczu i magazynowania złości w sobie. Do tego dochodziły kłopoty decyzyjne. Najgorsze samopoczucie było zimą, a szczególnie przed świętami, kiedy to dostawaliśmy z pracy paczki ze słodyczami (które oczywiście w większości zjadałem). W tym roku osiągnąłem rekordową wagę 92 kg. Na koniec roku dopadła mnie potworna grypa jelitowa – po niej poczułem się trochę lepiej. Objawy opisane powyżej zidentyfikowałem w 2010 r.

Na początku 2008 r. chciałem coś z tym zrobić. Jeszcze raz wróciłem do wcześniejszych skutecznych moim zdaniem metod, czyli głodówka, zbijanie wagi poprzez bieganie dziesiątek kilometrów. Waga spadła do 79 kg. Myślałem, że wszystkie te objawy są powodem zbyt dużej wagi, ale po zrzuceniu ponad dziesięciu kg było zaskoczenie – oczywiście, było lepiej, ale zauważyłem, że już nie ma takiej euforii, jak po ostatnich tego typu "manewrach". Coś było nie tak. Niepokój i lęk pozostały, wtedy zauważyłem, że od 2001 r. nie było już nawet chwili, żeby mnie cokolwiek cieszyło, a na dodatek doszły bezdechy podczas snu i drżenie serca.

W 2009 r. było to samo co w poprzednim, tylko że objawy były mocniejsze, ale nie gorsze niż w 2007 r. Do w/w objawów doszło mocniejsze krwawienie z okolic odbytu, szczególnie po zjedzeniu dużej ilości posiłków. Jeszcze końcem roku dopadł mnie mocny katar ropny – spływały duże ilości ropy.

Wreszcie nadszedł 2010 r. Pamiętam, iż na początku roku czułem się tak fatalnie, że ciężko było mi wykonywać jakiekolwiek prace. Chciało mi się cały czas płakać. Objawy te były dużo mocniejsze niż te opisane w 2007 r. Zaczęły mnie prześladować myśli, które nakazywały mi różne czynności pod groźbą, że jak ich nie wykonam, to komuś z moich bliskich stanie się coś złego (np. umrze). Zagrożenie czyhało już wszędzie. Czasami zastanawiałem się, kim ja w ogóle jestem – nie umiałem tego zrozumieć. Ale zima się skończyła (zresztą w okresie zimowym czułem się zawsze gorzej) i do czerwca trochę się uspokoiło. Początkiem lipca wybrałem się z rodziną na wczasy za granicę. Dwutygodniowy pobyt z wyżywieniem all inclusive zaczął mnie przybliżać do objawów z początku roku. Po wczasach znowu wskoczyłem na swój tor odchudzania i głodówki. I chwilowo się trochę uspokoiło. Jednak końcem lipca coś mną wstrząsnęło – gdy usłyszałem czytanie z Biblii na temat przekleństw. Przeszyło mnie, jeszcze wtedy nie wiedziałem czemu.

6 sierpnia 2010 r. Tego dnia nie zapomnę do końca życia. To był dzień mojej śmierci. Skończyłem pracę przy domu i poszedłem do piwnicy się przebrać. W pewnej chwili przeszły mnie kilka razy zimne poty po całym ciele, aż do głowy. Jakiś wewnętrzny głos odezwał się bardzo wyraźnie:

– J e s t e ś   p r z e k l ę t y

Ogarnął mnie potworny lęk i potężny niepokój, któremu nie było końca. Po 24 latach to wszystko wróciło, ale z 30-krotną siłą. Zaczęła się walka o życie.

Myślałem, że zwariowałem. Gdy kogoś zobaczyłem, to wewnętrzny głos odzywał się i przeklinał tę osobę. Gdy stałem przy oknie lub przechodziłem obok mostu – głos nakazywał mi skoczyć (wydawało mi się, że już lecę - takie to było mocne) . Potem bałem się, że wywołam jakiegoś potwora z bagien, a on przyjdzie i zabije moją rodzinę. Wierzyłem, że tak może być. Broniłem się przed tym, żeby go nie wywołać, ale słowa wywołujące wydobywały się ze mnie same. Nie dało się nad tym zapanować. Widziałem znajomych z poderżniętymi gardłami lub samego siebie w roli głównej, albo to samo miałem cały czas w myślach. Bałem się wziąć nóż albo inny ostry przedmiot do ręki, bo widziałem je od razu na swoim gardle. Czułem ciągły strach przed wypiciem kreta do udrażniania kanalizacji. Gdy jechałem samochodem, głosy mówiły mi, w którą stronę mam skręcić, a gdy przejeżdżałem przez most, to nakazywały mi z niego wypaść. Wierzyłem, że kierują mną piekielne moce. Gdy się położyłem, to wszystko we mnie w środku drżało. Miałem wrażenie, że coś się we mnie przewraca. Do tego dochodziło kołatanie serca i bezdechy, koszmary senne, uczucie, że coś przy mnie jest, ten potworny lęk i niepokój, który nie ustępował nawet na chwilę, a gdy odzywał się wewnętrzny głos, to od razu był napad paniki i płaczu (płakałem jak dziecko). Byłem taki słaby i rozbity, nie chciało mi się w ogóle jeść, czułem się jak osoba, która ma co najmniej 90 lat. Żałowałem, że się w ogóle urodziłem. Głęboka depresja i myśli samobójcze były ze mną cały czas (na myśl przychodzili mi znajomi, którzy popełnili samobójstwo i nie szło się od tych myśli odpędzić, do tego ciągle zastanawiałem się, dlaczego to zrobili). Mój wzrok był strasznie dziwny (teraz wiem, że to były omamy wzrokowe), miałem mroczki przed oczami, niesamowity pisk w uszach, zawroty głowy, zimne nogi, temperaturę ciała 34 °C, Nieprzyjemny metaliczny zapach z ust i śmierdzący pot. Praktycznie w ogóle nie mogłem pracować. Z czasem ten głos zaczął mi rozkazywać, zwracając się do mnie pełnymi zdaniami, że mam zabić kogoś, nawet wymieniał jego imię i nazwisko, a potem, że mam iść i zabić siebie. Jeszcze nikogo nie zabiłem, a już widziałem wszystkich, jak mnie sądzą i patrzą na mnie jak na mordercę. To wszystko działo się w mojej głowie. Próbując się przed tym bronić, wymyśliłem modlitwę, którą nosiłem ze sobą: 

 – Panie Boże, Maryjo i wszyscy Święci, modlę się do Was prosząc, żeby te myśli, które przechodzą przez moją głowę, nikogo nie zabiły, nikogo nie skrzywdziły i nikogo złego nie przywołały. – lub jak mi coś przeszło przez myśl wypowiadałem: – O Jezu broń!

Jak trwoga to do Boga. Chodziłem codziennie do kościoła i żałowałem wszystkich złych rzeczy, które zrobiłem w życiu. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Szukałem pomocy. Po dwóch tygodniach od czasu, gdy się to zaczęło zadzwoniłem do ojca franciszkanina, który jest egzorcystą i błagałem go, żeby mi pomógł. Myślałem, że jestem opętany. Po przyjeździe do niego dał mi testy do wypisania i polecił mi przyjechać za tydzień. Wypisałem je i pojechałem do niego, opowiedziałem mu całą moją historię i co się ze mną dzieje. Powiedział mi coś o nerwicy natręctw i że to jest takie dręczenie oraz to, że jeśli bym z tym poszedł do lekarza, to przepisałby mi leki na uspokojenie. Wyspowiadałem się, odmówił nade mną modlitwy, przyjąłem Komunię Świętą, co spowodowało, że poczułem ulgę. Na koniec powiedział mi, że będzie dobrze. Wcześniej sam wierzyłem, że po spowiedzi i Komunii Świętej to wszystko się skończy. I skończyło się. Byłem przez jakąś godzinę szczęśliwy. Ale już po powrocie do domu wszystko na nowo wróciło. Zacząłem pić wódkę i po alkoholu przechodziło mi – skakałem ze szczęścia. Ale kontra była zabójcza. Potem było jeszcze gorzej.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że w towarzystwie musiałem robić dobrą minę do złej gry. Większość znajomych mówiła mi, jaki to ja jestem szczęśliwy i spełniony, zawsze uśmiechnięty, bo nie mam żadnych problemów i żyję beztrosko – a we mnie aż wrzało!!! Jednak uświadomiłem sobie, że cierpienie to moje życie. Nie poddawałem się. Szukałem w internecie informacji. Dotarłem do tego, że mam nerwicę lękową, nerwicę natręctw i depresję.

We wrześniu dałem się skusić żonie na wykonanie wszystkich badań krwi i moczu. Badania wszystkie wyszły idealnie oprócz magnezu, którego zawartość we krwi była poniżej normy. Cieszyłem się jak dziecko, że w końcu znalazłem przyczynę mojego stanu. Szybko uzupełniłem magnez jedzeniem produktów, które go zawierały i tabletkami. Ponowne badanie wykazało, że poziom magnezu jest w porządku, ale moje objawy nie ustępowały. Dalej czułem się tak samo. Pani doktor kazała powtórzyć badania i dodała do nich jeszcze dodatkowe. Ponownie wszystkie badania wyszły tak idealnie, że doktor powiedziała mi, że jak długo pracuje w tym ośrodku, to jeszcze nie widziała, żeby ktoś miał takie dobre wyniki jak ja – co miało znaczyć, że jestem zdrowy jak ryba. Na początek mojego nowego życia przepisała mi leki psychotropowe o nazwie sympramol, które miały mi poprawić humor. Powiedziała też, że mam się cieszyć z każdego dnia. Na koniec dała mi telefon do znajomego psychiatry, który podobno jak nikt ma umiejętność podawania pacjentom leków psychotropowych, a potem umie z nich umiejętnie wycofać. Byłem załamany. Płakałem całą drogę do domu. Nie mogłem zrozumieć jak ja unikający lekarzy miałem teraz leczyć się u psychiatry i łykać jakieś psychotropy (prawie nigdy w życiu nie brałem żadnych tabletek). Nie dzwoniłem do niego ani nie zażyłem tabletek przepisanych przez p. doktor. To nie był mój styl, leczyć się do końca życia tabletkami i wyniszczać organizm. Wolałbym wybrać śmierć, niż tak żyć.

Szukałem dalej. Był już październik. Modliłem się do naszego papieża, żeby pomógł mi znaleźć przyczynę mojej choroby. Bratowa dała mi telefon do znajomego bioenergoterapeuty. Zadzwoniłem do niego i co dziwne on przez telefon powiedział mi: "Boże! Pan musi natychmiast do mnie przyjechać. Pan ma depresję lękową i ja to czuję." Na wizycie nie mógł zrozumieć z czego ja jestem tak zatoksyczniony. Powiedział mi, że mam zablokowaną prawą półkulę mózgu i depresję lękową oraz to. Stwierdził, że dobrze iż do niego przyjechałem, bo nie byłem świadomy swoich czynów. Powiedział jeszcze, że w momencie przyjazdu do niego, to mój poziom inteligencji wynosił zero, a po wizycie wzrósł do czterech. Poinformował mnie, że prawa półkula mózgu została odblokowana oraz to, że przez trzy dni mogę się źle czuć. Przepisał mi kurację, którą miałem stosować. Było to:

  • szałwia, co piąty dzień wieczorem 
  • olej z wiesiołka (kapsułki z olejem) 1 kapsułka rano i 1 kapsułka wieczorem 
  • lampka czerwonego wina wytrawnego wieczorem na odblokowanie żył w głowie 
  • magnum B6 po 1 tabletce rano i wieczorem przez 3 tygodnie 
  • kwiat czarnego bzu rano i wieczorem przez 3 tygodnie 
  • herbata z żurawiny 3 razy dziennie przez 8 tygodni 
  • herbata z mięty co czwarty dzień wieczorem – 6 razy 
  • cukierki werbena sosnowe 4 cukierki dziennie przez 2 tygodnie 
  • do picia woda mineralizowana 
  • sok pomidorowy co 5 dzień 3/4 szklanki – 5 razy 
  • nalewka bursztynowa – smarować klatkę piersiową, zgięcie łokciowe, pod kolanem i stopy – masować 10 razy codziennie wieczorem przed spaniem przez 2 tygodnie.

Na koniec wizyty powiedział mi, że jestem już zdrowy. Wpadłem w euforię, nawet już mu w to uwierzyłem, ale radość trwała tylko do rana, a potem wszystko było jak wcześniej. Dzwoniłem do niego za parę dni, że dalej nic się nie poprawiło, a on mi powiedział, że mam nie myśleć o pierdołach, tylko myśleć pozytywnie i nakręcać się, bo mi ani Pan Bóg nie pomoże. Potem dzwonił do mojej żony i powiedział jej, że jestem strasznie zatoksyczniony, i żeby nie pozwoliła mi jeździć samochodem, a na kolejną wizytę mam zgłosić się za dwa miesiące. Muszę powiedzieć, że po zastosowaniu przepisanej kuracji biały nalot został tylko na języku, a głęboko z gardła zniknął. Najgorsze w tym wszystkim było to, że w domu mówili mi, że nic mi nie jest, tylko się nakręcam.

Szukając dalej w internecie znalazłem coś na temat plomb amalgatowych, które mogą powoli z czasem ulatniać się, co powodować może zatrucie mózgu. Miałem pięć takich plomb od około 18 lat. Natychmiast umówiłem się z dentystą na ich wymianę. Myślałem, że jest to powód mojego stanu. Po paru tygodniach dentysta pousuwał wszystkie te plomby i zęba, który był w całości (razem z korzeniem) odlany z tego materiału. Ale poprawa w stanie psychicznym nie nastąpiła. Było coraz gorzej.

Zaczynał się już listopad. Nie wytrzymałem. Zadzwoniłem w końcu do poleconego psychiatry. Mniej więcej opowiedziałem mu, jaki mam problem i zapytałem się, czy jest mi w stanie pomóc, ale zaraz zaznaczyłem, że ja nie chcę brać żadnych leków. Wyśmiał mnie – jak ja go usłyszałem przez ten telefon, to pomyślałem sobie: "Boże, przecież on jest głupszy ode mnie". Czułem, że mój organizm cierpi i coś mu jest, a on każe mi wpieprzać jakieś leki ogłupiające. Nie poddawałem się.

W końcu w internecie znalazłem coś, co idealnie pasowało do moich objawów. Artykuł p. Tombaka przywrócił mi wiarę – to było to, czego szukałem. Później znalazłem książkę p. Janusa. Wszystko pasowało. Robiłem test ślinowy, który wyszedł pozytywnie. Faktycznie z śliny zaczęły odchodzić odnogi (sznury) w dół szklanki. Byłem pewny, że to grzybica. Zacząłem wyszukiwać odpowiedniej diety na nią. Zacząłem spożywać zamiast białego chleba, chleb razowy na zakwasie. Jednak nie minęło parę dni jak bratowa przyniosła mi książkę p. Józefa Słoneckiego pt. "Zdrowie na własne życzenie. 1. Oczyszczanie". Po przeczytaniu jej najpierw zafundowałem sobie uderzeniowe dawki magnezowe, tj. przez 21 dni Slow-Mag 2 tabletki rano i 4 tabletki wieczorem. 16 listopada wypiłem pierwszy raz miksturę oczyszczającą (olej z oliwek, alocit z aloesu, cytryna) w pełnej dawce. Pamiętam to jak dziś. Po wypiciu jej poczułem w środku ciała okropny ból i pieczenie, tak jakbym napił się kwasu. Ale stała się rzecz dziwna. Nagle zmniejszył się ten towarzyszący mi od paru miesięcy potężny niepokój. Miałem wrażenie, jakby coś, co jest w środku mojego organizmu, nagle zamarło, jakby czegoś się wystraszyło. Pomyślałem: "Boże, tam coś żyje". Myślę, że nie przesadzam, to była naprawdę wyraźna poprawa od dnia 6 sierpnia, kiedy to wszystko się zaczęło. Poprawa trwała około 4 dni. Ale to, co się ze mną zaczęło dziać potem, trudno mi opisać. Piłem miksturę w pełnych dawkach oraz zioła i herbaty oczyszczające zalecone przez wyżej opisanego bioenergoterapeutę, jadłem czosnek oraz grejpfruty. Mój stan pogarszał się znów z dnia na dzień. Miałem taką depresję lękową, że była mocniejsza od wszystkich tych głosów wydobywających się z mojego wnętrza. Bałem się ruszyć z miejsca, gdziekolwiek iść, zrobić choćby najmniejszy krok. Całe ciało drżało, trzęsło się w środku. Któregoś dnia w domu byłem ogarnięty taką nerwicą lękową, że zobaczyłem samego siebie powieszonego na klatce słodowej. Ten temat tak się zagnieździł w mej głowie, że nie mogłem się od niego oraz od wszystkiego, co było z nim związane, uwolnić. Bałem się w każdej chwili, że się powieszę (wydawało się to takie proste) i co rodzina o tym powie. Jeszcze nic sobie nie zrobiłem, a już widziałem jak w szkole śmieją się z moich dzieci z powodu samobójstwa ojca. Bałem się sznurów i wszystkich miejsc, w których można to zrobić. A gdy usłyszałem, że ktoś popełnił samobójstwo, to wpadałem od razu w panikę i płacz oraz ciężko mi było z tego wyjść przez parę dni. Nie cierpiałem tego słowa. Próbowałem od tego uciekać, ale o samobójstwach mówili wszędzie: w pracy, w telewizji, w prasie. Do tego nerwica natręctw kazała mi myśleć o samobójcach. Broniąc się przed tymi myślami szukałem obcych żywych ludzi podobnych do tych znajomych, którzy popełnili samobójstwo. Tym samym zastępowałem ich wizerunki osobami żyjącymi, przez co myśli te stawały się bardziej przystępne. Wewnętrzne głosy mówiły mi, że się mam powiesić. Liczyłem, ile jeszcze lat mogę żyć w takim stanie. Chciałem już umrzeć. Moim pragnieniem było, żeby umrzeć w naturalny sposób, a nie popełniając samobójstwo. Wcześniej opisane tematy praktycznie przestały istnieć. Ten jeden temat nie dawał mi żyć aż do maja 2012 r. Oczywiście próbowałem z tym walczyć. Jeśli w nerwicy lękowej widziałem siebie powieszonego, to odwracałem myśli i wyobrażałem sobie np. że huśtam się na huśtawce, a wewnętrzne głosy przemieniałem na coś innego itd. Jednak było ciężko, bo towarzyszył temu ogromny lęk i niepokój.

W końcu sam nie wiedziałem, czemu wmówiłem sobie, że ostatnią moją deską ratunku jest Józef Słonecki (może zadecydowała o tym reakcja organizmu po wypiciu pierwszy raz mikstury oczyszczającej). Powiedziałem sobie, że nie spocznę póki mnie nie przyjmie na wizytę. Dzwoniłem do Wydawnictwa BIOSŁONE w Strzelcach Opolskich, ale tam poinformowali mnie, że p. Słonecki już nie przyjmuje. Jednak ja byłem uparty. Dzwoniłem dalej i prosiłem, żeby mnie umówili. W końcu powiedzieli mi, że mam zadzwonić o 14-tej, to może go zastanę. Wreszcie udało mi się z nim porozmawiać. Powiedziałem mu, że stwierdzili u mnie depresję lękową. Od razu zgodził się mnie przyjąć i wyznaczył termin wizyty 10 grudnia 2010 r.

Jeszcze wcześniej 6 grudnia byłem umówiony z bioenergoterapeutą, u którego byłem dwa miesiące wcześniej. Na wizycie powiedział mi, że nerwicy lękowej już nie ma, ale jest straszna nerwica oraz, że po tej wizycie już nie muszę do niego przyjeżdżać, bo mam mocny organizm i sam sobie poradzi. Oczywiście zalecił stosować poprzednio przepisaną kurację. 10 grudnia przyjechałem do p. Słoneckiego. Wyjechałem do niego kilka godzin wcześniej, bo bałem się, że siły nadprzyrodzone będą przeszkadzać mi do niego dotrzeć. Mistrz zapytał mnie, po co przyjechałem. Odpowiedziałem, że mam depresję lękową i wydaje mi się, że mam grzyba. Powiedział, że z nerwicy lękowej można wyjść w sześć miesięcy, a jak pójdę do lekarza, to będę się leczył całe życie. Pochwaliłem mu się, że stosuję już dietę, w której zrezygnowałem ze słodyczy oraz zamiast białego pieczywa jem chleb razowy na zakwasie! Jak mu to powiedziałem o tym chlebie na zakwasie, to nim wstrząsnęło. Myślałem, że mnie wyrzuci z gabinetu. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Zapytał, czy czytałem wszystkie jego książki. Oczywiście nie czytałem, bo ich nie miałem. Powiedział mi, że chleb jest dla ludzi zdrowych, a ja nie jestem zdrowy. Dodał, że mogę jeść słodycze w małych ilościach, ale nie mogę pod żadną postacią jeść glutenu. Pamiętam, że na koniec powiedział mi, że mam przeczytać resztę jego książek, a jak po magnezie jest lepiej, to brać 3 tabletki Slow-Mag na wieczór przez 21 dni. Wiem, że wyleciałem oburzony z gabinetu. Nawet nie wiedziałem, że żona kupiła resztę jego książek. Jadąc do domu widziałem, że to już jest koniec. Ostatnia deska ratunku okazała się niewypałem. Być może wtedy żona uratowała moje życie, kupując te książki. Jak je przeczytałem, to stwierdziłem, że to jest to, czego chciałem i przez długie miesiące szukałem, że to, co p. Słonecki pisze, ma sens. O takie leczenie mi chodziło. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Postanowiłem całkowicie w największym stopniu stosować się do jego zaleceń, żeby choć raz w życiu zakosztować, co to jest ta "pełnia życia", o której pisze. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaka droga do zdrowia mnie czeka. Oprócz tego starałem się nie wchodzić na forum Biosłone, gdzie są opinie i komentarze, bo ludzie wypisywali tam różne bzdury, a mnie to przeszkadzało (zbijało mnie z tropu).

Po wyeliminowaniu glutenu i przejściu na pierwszy etap diety te sceny z opętaniem i z potworami (duchami) z bagien wydały mi się całkowicie głupie. Wszystko teraz skupiło się na jednym temacie. Uciekałem przed wszystkim, co jest związane z samobójstwem i powieszeniem się. Dręczyło mnie tylko cały czas to.

Żona mi mówiła, że przed tym zanim wyeliminowałem gluten, totalnie mi odwalało. Zaczęło się powoli poprawiać. Wewnętrzne głosy nie były już tak wyraźne (zawierały się w dwóch, trzech słowach), a takie mocniejsze pojawiały się rzadziej, ale nerwice lękowe, lęk, niepokój, natręctwa były dalej mocne. Zaczął pojawiać się "cykl języka" i zmienne nastroje. Dało się w nocy spać. Minęły zimne poty, zmniejszyło się uczucie rezygnacji i zanikło kołatanie serca. Już końcem 2010 r. zaczęły pojawiać się minutowe przebłyski, tzn. lekko mijał tylko lęk i niepokój, ale cała reszta była dalej we mnie, tylko że przy zmniejszonym lęku i niepokoju te wewnętrzne głosy i natręctwa praktycznie nie istniały. I wtedy łatwiej było z tym żyć (w porównaniu z tym co było w poprzednich miesiącach, to była przepaść, ale na plus).

Po pierwszym etapie diety schudłem do 71 kg i nie musiałem biegać dziesiątek kilometrów. Waga utrzymywała się cały czas na tym samym poziomie i tak jest do dnia dzisiejszego.

Początek 2011 r. był bardzo ciężki. Zaczął się na dobre "cykl języka" od całkowicie białego (był tak biały, jakby rosły na nim grzyby i chciały odpaść), przez stopniowe oczyszczanie, aż do całkowicie czystego, tj. bez białego nalotu. Cykl ten się ciągle powtarzał. Wtedy jeden taki cykl trwał około kilkunastu dni. Zaczęły się zmienne nastroje, które polegały na tym, że w jednej chwili prześladowały mnie lęki, a w następnej strach przed tym wydawał się bezzasadny. Zakrapiałem nos, ale zaaplikowane krople w ogóle nie przedostawały się do kanałów nosowych, a zdarzało się nawet, że spływały z powrotem na zewnątrz. Pojawiały się też z początku minutowe lekkie przebłyski, w których zmniejszały się nerwice lękowe i niepokój. To wszystko co mnie dręczyło na moment wydawało się głupie. Zaznaczałem to sobie w ten sposób "√" w miejscu, w którym ten przebłysk nastąpił – to był znak tego przebłysku, on dawał mi siły, żeby walczyć dalej. Ale zaraz po przebłysku, gdy już miałem wszystko co mnie dręczy wyrzucić z siebie, następowała ta słabość i totalne rozbicie, zawroty głowy, drżenie całego ciała i znowu zaczęło się pogarszać. Następował od razu ten potworny lęk i niepokój, natręctwa, aż w kumulacji następowały bardzo mocne nerwice lękowe, a potem pojawiały się mocne wewnętrzne głosy. Po nich były napady lęku, paniki i płaczu, a gdybym w tym stanie usłyszał gdzieś o samobójstwie, to te napady i płacz były jeszcze mocniejsze. Ja i mój umysł byliśmy wtedy bezbronni. Po tym wszystkim powolutku zaczynało się znowu poprawiać, choć poprawie towarzyszył cały czas lęk i niepokój związany z tym tematem co mnie dręczył. W końcu dochodziło do kolejnego przebłysku (na taki przebłysk czekałem około dwóch miesięcy). Mój stan pogorszył się, gdy zacząłem stosować zioła oczyszczające tchawicę. Do końca lutego było najgorzej.

W marcu nerwice lękowe zaczęły się zmniejszać. Pamiętam, że miałem bóle brzucha, biegunki oczyszczające, przy których z jelit schodziły wszystkie możliwe świństwa. Po teście buraczkowym, który prawie zawsze wychodził pozytywny, mój mocz był zabarwiony na czerwono. Jeszcze końcem marca zdarzyła się rzecz dziwna. W momencie, kiedy miałem przebłyski, widziałem inny świat, jakiego nigdy do tej pory w życiu nie widziałem (te barwy, kolory), ale to trwało chwilę. Na chwile przebłysku czekać musiałem około 1,5 miesiąca.

Kwiecień zaczął się u mnie od potężnych biegunek przeczyszczających, którym towarzyszyły mocne nerwice lękowe. Mogłem już powoli zacząć pracować przy domu i oglądać telewizję. Spaliłem wcześniej zapisane modlitwy, które nosiłem ze sobą, bo były mi już niepotrzebne. Zaczęła się ucieczka przed tym wszystkim co mnie dręczyło (wcześniej mój umysł był bezbronny i ciężko było przed tym wszystkim uciekać). Choć było ciężko, trzeba się było podnieść i iść coś robić, nawet najmniejszą i najprostszą rzecz. Wtedy było lepiej. Odwracało się myśli. Najgorzej jest się podnieść z kanapy i iść. Potem co krok jest już lepiej. Dzwoniłem do Mistrza, bo to wszystko dalej nie mijało i powiedziałem mu o tym, że mam takie chwile, że to wszystko co mnie dręczy, wydaje się głupie, a potem znowu jest źle. Powiedział mi, że to jest droga do zdrowia, i że to trzeba przeżyć. Dodał też, że błędem jest to, że cały czas biorę magnez w pełnych dawkach i od tamtej chwili całkowicie odrzuciłem magnez (co w późniejszym okresie nie spowodowało pogorszenia stanu zdrowia). Właśnie wtedy powiedział mi chyba najmądrzejsze słowa, które usłyszałem w życiu: "Sam będziesz wiedział, kiedy jesteś zdrowy" (niestety w tym stanie, w którym wtedy byłem, nie byłem w stanie ich zrozumieć).

W maju było tak samo. Te cykle opisane powyżej trwały tyle samo czasu, z tym, że przebłyski były trochę większe. Cały czas bałem się, że popełnię samobójstwo, szczególnie jak coś robiłem i mi nie wyszło lub było coś nie po mojej myśli, czasami nawet z błahego powodu, np. jak się zdenerwowałem, złapanie gumy w aucie lub lekka stłuczka samochodu, bałem się, że pójdę i to zrobię.

Takie wyraźne zmniejszenie nerwicy lękowej pojawiło się w czerwcu. Zobaczyłem w telewizji sceny, które mnie cały czas dręczyły i niepokoiły i miałem je przed oczami cały czas. I o dziwo, nie wywołało to u mnie jak poprzednio napadu lęku, paniki i płaczu, ani niepokoju. Pojawiła się iskierka nadziei. Nerwica lękowa zaczęła ustępować, nie towarzyszyła mi już cały czas, a w mocniejszym natężeniu pojawiała się czasami. Ale cała reszta: lęk, niepokój, natręctwa, wewnętrzne głosy i depresja trwały nadal, nie opuszczały mnie. Jedynie przy przebłyskach wydawały się głupie. Taka dłuższa chwila, przy której to wszystko odpuściło, nadeszła początkiem lipca. Wtedy to może na parę godzin poczułem ten "spokój". Boże, jakie to było uczucie, jakbym się na nowo urodził (nie pamiętam, aby wcześniej w życiu oblał mnie taki spokój). Chciałem, żeby to trwało wiecznie. Wszystko co mnie wcześniej dręczyło nie miało w ogóle znaczenia. Powiedziałem sobie, że już nigdy nie dam się wkręcić w to, co było poprzednio. Myślałem, że jestem już zdrowy. Niestety. Tak jak wcześniej pisałem, znowu stopniowo zaczęło się pogarszać i ten cykl po paru dniach doszedł aż do nerwicy lękowej i płaczu, a potem poprawa i tak dalej. Czułem się jak Syzyf, który toczy kulę, a gdy jest już u góry ona spada i znowu musi walczyć od nowa i przechodzić wszystkie te męki, żeby znaleźć się na górze itd. Tyle że teraz na przebłyski czekałem około trzech tygodni. Zaczęło się czekanie na przebłyski i odliczanie dni do nich, a jak nadeszły, to był lęk, że za niedługo znów będzie źle. Bywało nawet tak, że z dnia na dzień chciałem wymusić te przebłyski, żeby już nastąpiły. Jednak to był błąd, bo wcale to nie pomagało. W trakcie przebłysku mówiłem sobie, że już teraz nie dam się nakręcić i jaki ja byłem głupi, że mnie to niepokoiło. Problem był w tym, że te natręctwa atakowały ze wszystkich możliwych stron i szukały słabego punktu u człowieka, luki – wyrwy w murze. I choć byłem w stanie coś sobie wytłumaczyć, to mnie i tak na czymś innym złapało, co stworzyło jeszcze większy niepokój i nie dawało żyć. W czasie pierwszych dni po przebłysku umiałem się dobrze nastawić, jednak później jak było gorzej, to i tak temu uległem. Trzeba było już wcześniej mieć przygotowaną jakąś robotę, zajęcie, żeby móc odwrócić od tego myśli i nie zwariować. Lepiej było nie siedzieć w miejscu, bo wtedy za dużo się myślało, tak trzeba było wytrwać do wieczora, byłem wtedy zmęczony i to się trochę uspokajało. I tak to zacząłem przed tym uciekać od rana do wieczora. Do tego uciekania zaczęła czasami włączać się nadpobudliwość. Ale znowu było tak, że niektóre prace musiałem powtarzać aż do znużenia, choć już wcześniej wiedziałem, że są zrobione dobrze. Czułem wstręt do niektórych prac, bo od razu wiedziałem, że będę musiał je wykonywać kilka razy. Niektóre z tych prac były robione choćby na rozkaz (chcąc nie chcąc musiałem je zrobić).

Ostatni raz tak mocna nerwica lękowa pojawiła się końcem lipca. Potem występowała już w dużo mniejszym natężeniu. Gdy w znaczącym stopniu zanikła nerwica lękowa, wtedy bardziej odsłoniły się wyżej opisane wewnętrzne głosy i natręctwa.

W połowie lipca, gdy zakrapiałem nos, pierwszy raz poczułem, że krople wpłynęły głęboko do środka. Miałem wrażenie, jakbym nalał sobie kwasu do głowy (wszystko mnie w środku piekło). A to, co się po chwili ze mną zaczęło dziać, jest nie do opisania. Zaczęły mi się przewracać oczy i wytrzeszczać, tak jakby chciały wyjść ze środka. Miałem wrażenie, że obudziłem demona, który siedzi w mojej głowie. Ale potem krople znowu nie wpływały. Jednak nastąpiła już zmiana w kondycji mojej skóry, ponieważ pierwszy raz od kilku lat udało mi się opalić na słońcu i tak już zostało do teraz.

We wrześniu dopadł mnie ogromny napad schizofrenii (kilka dni wcześniej dowiedziałem się tylko tyle, że te wewnętrzne głosy, to jest schizofrenia). Były naprawdę mocne i towarzyszyły im panika i płacz. Dawno takich nie miałem. Trwały długo. Próbowałem pić duże ilości wody, ale jak wypiłem od razu litr wody, to objawy się jeszcze bardziej zwiększyły. Język był wtedy strasznie biały, tak jakby ten nalot miał wybuchnąć. Było to dziwne, bo wcześniej, gdy występowała schizofrenia, język był całkowicie czysty. Myślałem, że jeszcze coś źle robię i w mojej diecie jest coś nie tak (przed podjęciem leczenia zakładałem, że we wrześniu będę już zdrowy). Zaniepokojony zadzwoniłem do Biosłone, gdzie udzielono mi informacji, że mam zmniejszyć dawki mikstury. Wcześniej brałem pełne dawki bez przerwy, żeby się tego pozbyć jak najszybciej. Zmniejszyłem ilość mikstury do 1/2 dawki i zacząłem robić przerwy. Rzeczywiście wszystko się w pewnym stopniu zmniejszyło. Było lepiej. Ale ja byłem niecierpliwy. Chciałem się tych natręctw związanych z samobójstwem pozbyć jak najszybciej. Nie dało się. Gdy za wszelką cenę chciałem się ich pozbyć, one wracały jak bumerang i to z większą siłą. Płakałem, myślałem, że jakby te tematy mnie nie dręczyły, to byłbym już zdrowy. Myśli i niepokój z tym związany zabijały wszystkie moje marzenia (nawet gdy w lepszych chwilach dnia zaczynałem marzyć, one od razu podkreślały swoją obecność). Myślałem, że będzie mnie to prześladować do końca życia. Najgorsze w tym było to, że fizycznie czułem się o wiele lepiej niż kiedykolwiek i nie umiałem siebie uzmysłowić, że ja jeszcze mogę być chory. Do końca roku 2011 było wszystko podobnie jak pisałem powyżej. Musiałem dalej uciekać. A wieczorem, gdy było lepiej, "ładowałem akumulatory" na walkę, która mnie czekała, gdy tylko się obudzę. Zawsze najgorzej było rano. Trzeba było umiejętnie wejść w ten dzień i małymi krokami włączać się w walkę z tym wszystkim. Były nawet takie stany końcem roku, że przez dłuższy czas to wszystko wydawało się głupie, a dręczenie i tak nie mijało. Czasami po obfitym posiłku natręctwa i schizofrenia się zwiększały. A gdy zaraz potem przy pracy się wypociłem, to znowu się zmniejszały do stanu poprzedniego. Przestałem się bać sznurów, powrozów i miejsc nadających się do dokonania samobójstwa oraz popełnienia go w przypadku jak coś mi nie wyjdzie lub będzie nie po mojej myśli. 

Podsumowując ten rok, oprócz tych wszystkich objawów, które opisałem powyżej, cały czas towarzyszyły mi zawroty głowy, szum-pisk w uszach całymi dniami, cały rok trwał "cykl języka", który z upływem czasu się zmniejszał, cały rok występowały bóle brzucha i pieczenie, test buraczkowy w ciągu roku zmieniał się od pozytywnego do negatywnego kilkakrotnie. Cały czas występowały też biegunki. Z jelit schodziło podręcznikowo wszystko, tak jak opisał p. Józef Słonecki w swoich książkach. Występowały również nadwrażliwość psychiczna na papierosy, kosmetyki i hałas, zaburzenia koncentracji i brak możliwości skupienia uwagi, mgiełka umysłowa, myśli samobójcze, depresja maniakalna, koszmary senne, chrapanie, bezdechy, obniżenie temperatury ciała, nadpobudliwość psychiczna, nerwowość, wybuchowość, niecierpliwość, drżenie ciała, mroczki przed oczami, wrażenie upicia się, nieprzyjemny pot i zapach z ust, złe samopoczucie w upalne dni.

Poniżej przedstawiam dawkowanie mikstury oczyszczającej w latach 2010 - 2012:

1. Alocit z aloesu + oliwa z oliwek + cytryna

Rok 2010

  • 16 listopada do 7 grudnia - pełna dawka 
  • 8, 9 grudnia - 1/2 dawki 
  • 10-13 grudnia 2010 - przerwa 
  • 14-19 grudnia - 1/4 dawki 
  • 20-22 grudnia - 1/2 dawki 
  • 23 grudnia - przerwa 
  • 24 grudnia - 1/2 dawki 
  • 25 grudnia - przerwa 
  • 26 grudnia do końca roku - 1/2 dawki

Rok 2011

  • 1, 2 stycznia - 1/2 dawki 
  • 3-14 stycznia - pełna dawka 
  • 15-21 stycznia - przerwa 
  • 22-24 stycznia - pełna dawka 
  • 25 stycznia - przerwa 
  • 26 stycznia do 15 lutego - pełna dawka 
  • 16-18 lutego - przerwa

2. Alocit z aloesu + olej kukurydziany + cytryna

  • 19-28 lutego - pełna dawka 
  • 1-3 marca - przerwa 
  • 4-16 marca - 1/2 dawki 
  • 17 marca do 28 maja - pełna dawka 
  • 29 maja - przerwa

3. Alocit z citroseptu + olej z pestek winogron + cytryna

  • 30 maja do 22 czerwca - pełna dawka 
  • 23 czerwca - przerwa 
  • 24-30 czerwca - pełna dawka 
  • 1, 2 lipca - 1/4 dawki 
  • 3-13 lipca - dawkowanie ze większymi przerwami 
  • 14 lipca do 10 września - pełna dawka 
  • 11 września - przerwa 
  • 12 września do 2 października - 1/2 dawki 
  • 3, 4 października - przerwa 
  • 5-14 października - 1/2 dawki 
  • 15 października - przerwa 
  • 16-19 października - pełna dawka 
  • 20-21 października - przerwa 
  • 22 październik do 1 listopada 2011 - 1/2 dawki 
  • 2, 3 listopada - przerwa 
  • 4-14 listopada - 1/2 dawki
  • 15-16 listopada - pełna dawka
  • 17 listopada - 1/2 dawki
  • 18-25 listopada - pełna dawka
  • 26-28 listopada - przerwa
  • 29 listopada do 2 grudnia - pełna dawka
  • 3 grudnia - przerwa
  • 4 grudnia - pełna dawka
  • 5-11 grudnia - 1/2 dawki
  • 12-14 grudnia - przerwa

4. Alocit z aloesu + olej z pestek winogron + cytryna

  • 15 grudnia - 1/2 dawki
  • 16-23 grudnia - pełna dawka
  • 24-26 grudnia - przerwa
  • 27-29 grudnia - 1/2 dawki
  • 30 grudnia - przerwa
  • 31 grudnia - 1/2 dawki

Ponadto piłem średnio 2 koktajle błonnikowe dziennie, nie piłem kawy i alkoholu pod żadną postacią, nie jadłem słodyczy i nie stosowałem żadnych leków. Stosowałem zioła oczyszczające tchawicę od 29 stycznia do 13 marca 2011 r. Cały 2011 r. stosowałem ssanie oleju. Uzupełniałem magnez w postaci tabletek Slow-Mag w następujących okresach:

Rok 2010

  • 20 września do 25 października w dawce po 1 tabletce rano, w południe i wieczorem
  • 26 października do 15 listopada w dawce 2 tabletki rano i 4 tabletki wieczorem przez 21 dni
  • 16 listopada do 10 grudnia w dawce po 1 tabletce rano i wieczorem
  • 11 grudnia do końca roku w dawce 3 tabletki wieczorem

Rok 2011 

  • 1-14 stycznia w dawce 3 tabletki wieczorem
  • 15 stycznia do 5 lutego w dawce 2 tabletki rano i 4 tabletki wieczorem przez 21 dni
  • 7 lutego do 14 marca w dawce 2 tabletki rano i 4 tabletki wieczorem przez 21 dni
  • 15-19 mara w dawce 3 tabletki wieczorem.

Początkiem roku 2012 zmarł mój ojciec. Mimo to mój stan był trochę lepszy niż w samej końcówce roku poprzedniego. Choć pamiętam, że końcem lutego na chwilę przeniosłem się znów do mrocznego świata, ale to trwało naprawdę niedługo. Dalej uciekałem przed tym wszystkim, co mnie dręczyło, nie opuszczało mnie to nawet na krok. Nie było nawet połowy dnia, żeby mnie to nie dręczyło. Ale już mało kiedy bałem się, że popełnię samobójstwo. Tyle że przerwy, gdy mijał niepokój i pojawiały się przebłyski, zaczynały trwać dłużej i pojawiały się częściej. Tak jak już wcześniej pisałem, że gdy niepokój się zmniejszał, to i cała reszta wydawała się "głupia", choć dalej była. Jednak wtedy nie musiałem natręctw i reszty dusić w sobie, mogłem im dać się wyszumieć. Choć muszę powiedzieć, że depresja, natręctwa i lęk były też słabsze niż w roku ubiegłym. Nerwice lękowe zdarzały się, ale rzadko w większym nasileniu. Schizofrenia zatrzymywała się na dwóch słowach "powieś się" albo czasem włączała się w jakieś zdanie. Była dokuczliwa, ale nie tak wyraźna i groźna jak wcześniej (oczywiście pomijając końcówkę cyklu, kiedy głosy były wyraźne i długie). Jeszcze bardziej zagłuszało ją przebywanie w towarzystwie i ciągła rozmowa. Niestety, tego komfortu nie miałem w pracy, bo pracowałem na taśmie w większości sam, a jak już to w towarzystwie jednej osoby. Temperatura ciała wynosiła 36,2 ºC (nie musiałem nawet pić ciepłej herbaty, co zalecał mi wcześniej pan doktor), moje stopy były ciepłe nawet w zimne dni oraz zniknęły bezdechy. "Cykl języka" trwał cały czas, tyle że czas pomiędzy językiem czystym a białym był krótszy niż w roku ubiegłym. I tak kula Syzyfa toczyła się aż do większego napadu schizofrenii. Na co już wcześniej byłem przygotowany, bo wiedziałem, kiedy to nastąpi. Moją nawigacją był mój czysty język. Po tym napadzie, jeśli się w to wszystko nie dałem "wkręcić", to dzień po dniu zaczynało się malutkimi kroczkami poprawiać. Zaczynały pojawiać się zmienne nastroje i przebłyski. Co dzień to większe. A na języku zaczynał pojawiać się biały nalot, co raz to większy, aż doszedł do takiego stopnia, jakby miał "wybuchnąć". Przy takim stanie języka niepokój i lęk prawie zawsze się u mnie zmniejszały, czasami na pół dnia, a czasami nawet na dwa dni. Choć w przeciągu całego dnia potrafiło się to zmieniać jak w kalejdoskopie. Jednak to były dobre chwile, żeby ustawić szyki do walki. Gdy następowała słabość i totalne rozbicie oraz brak zainteresowania czymkolwiek, to już wiedziałem, że zaczyna się pogarszać. Biegunki przeczyszczające dawały znak, że organizm zaczyna oczyszczać nalot z języka i mój stan psychiczny zacznie się pogarszać, a niepokój i lęk zacznie się z dnia na dzień zwiększać i że tak to będzie długo trwać, póki cały nalot z języka nie zejdzie itd. Mówiłem do siebie regułkę: 

  - Marek! W tym stanie, co teraz jesteś, nie możesz nic analizować, bo tego twój umysł nie jest w stanie zrozumieć.

W okresie słabości i rozbicia jedzenie i picie było "na granicy", tzn. wystarczyło w tym stanie za bardzo się najeść (już nie daj Boże zjeść coś na szybko), wypić od razu duże ilości wody albo zjeść grejpfruta, a zaraz lęk i niepokój, natręctwa oraz schizofrenia się nasilały. Opracowałem pewien schemat: na czas, kiedy czułem się lepiej (tj. kiedy język był biały), miałem przygotowane prace bardziej skomplikowane i odpowiedzialne, a na czas słabości i rozbicia, kiedy to w ogóle nie umiałem się skupić - prace najprostsze z możliwych. Ten schemat pozwalał mi zachować spokój oraz kontrolę nad natręctwami. Bo gdy byłem słaby i rozbity, a coś mi nie wychodziło, to denerwowałem się, a wtedy natręctwa i schizofrenia jeszcze bardziej się zwiększały. Pracowałem już na większych obrotach i też coraz częściej przejmowałem się sprawami życia codziennego niż wszystkim tym, co mi dokuczało. O dziwo, zdarzyło się nawet, że niektóre czynności zaczęły mi sprawiać przyjemność. Bywało nawet tak, że łyk wody potrafił spowodować zmianę nastroju i przenieść mnie na moment do innego, lepszego świata. Choć wszystko, co robiłem i zaplanowałem, musiało być zrobione już albo w wyznaczonym terminie, bo jak nie, to natręctwa nie dawały mi żyć. Bywało nawet tak, że musiałem się w nocy obudzić i iść coś z prac dokończyć, a po dokończeniu jeszcze z dziesięć razy się tam wracać i sprawdzać, czy rzeczywiście to dokończyłem. Choć i tak wiedziałem, że to jest do końca zrobione - musiałem iść. Dopiero jak wykonałem to zadanie, natręctwa dały mi już spokojnie spać. I tak to u mnie się wszystko kręciło do końca kwietnia.

Jednak maj przyniósł ze sobą większy napad schizofrenii (choć nie tak wielki jak w roku ubiegłym), a cała reszta zatrzymała się od pewnego czasu na stałym poziomie. Zatrzymała się jakby w miejscu. A ja już miałem dość uciekania. Chciałem więcej!

Zaniepokojony, zadzwoniłem do Wydawnictwa Biosłone i powiedziałem, że stosuję się do zaleceń p. Słoneckiego, i to do każdego szczegółu, a natręctwa i schizofrenia dalej nie ustąpiły. Nie wiem, z kim rozmawiałem, ale rozmówca zaproponował mi wizytę u p. Słoneckiego twierdząc, że on postara się mnie odblokować. Na co się zdziwiłem, bo myślałem, że on nie przyjmuje. Oczywiście, skorzystałem z propozycji i umówiłem się na wizytę. Zjawiłem się u niego drugi raz 18 maja 2012 r. Powiedziałem mu o wewnętrznych głosach i o całej reszcie. Od razu wiedział, że to schizofrenia, ale powiedział, że to choroba cielesna, nie psychiczna, i że można się z niej wyleczyć. Dodał, że nie mam wyjścia i nic do stracenia. Mówił, że mam stany zapalne w całej głowie, i że za niedługo powinna z nich schodzić ropa. Powiedział, że było blisko rozdwojenia jaźni. Zapytałem, czy to tam w głowie żyje, co potwierdził. Na koniec powiedział, że myśli, iż leczenie będzie trwać około trzech lat, ale dodał, że schizofrenia będzie się z czasem zmniejszać. Widocznie on wiedział jaki mój stan jest poważny, skoro sam mi zaproponował, jak wychodziłem, następną wizytę. Umówiliśmy się za pół roku.

Mówią, że aby wyleczyć się z jednej miłości, to trzeba zakochać się ponownie. U mnie było podobnie z natręctwami. Żeby się pozbyć jednego, trzeba było wpakować się w inne, które siadło do głowy mocniej niż poprzednie. Cóż, na wizycie u p. Słoneckiego dowiedziałem się w końcu, jaką groźną chorobą jest schizofrenia (wcześniej tylko doszedłem do tego, że te wewnętrzne głosy to jest ta choroba). Poza tym nic więcej o niej nie wiedziałem. Może ktoś zapyta, dlaczego mnie to nie interesowało. Tak jak pisałem wcześniej o forum Biosłone, ja nie chciałem nic więcej wiedzieć, tylko to, co mam robić, żeby się wyleczyć (do tego miałem wszystkie książki p. Słoneckiego). Interesowało mnie tylko to. Cała reszta nie była potrzebna, tylko mi przeszkadzała. Dowiedziałem się, że chorzy na tę chorobę mogą nawet kogoś zabić. Jak to usłyszałem, to od razu wiedziałem, co teraz będzie mnie dręczyć. Już w drodze do domu wewnętrzne głosy przestawiły się jak maszyna i mówiły teraz do mnie "zabij go" albo "zabij ją" oraz "weź nóż". Choć wcześniej zrobiłbym wszystko, żeby się pozbyć natręctw i głosów związanych z samobójstwem, to teraz wolałem, żeby one zostały. Do nich już się przyzwyczaiłem, umiałem je obejść i wiedziałem kiedy, jak i z której strony mogą mnie zaskoczyć. Ale choć bardzo chciałem, nie dało się. Teraz te nowe zostały w mojej głowie i to one wydawały się najgorsze z możliwych. Mur runął i musiałem od nowa układać cegiełka po cegiełce wszystkie regułki i opracować w głowie różne schematy, żeby to obejść. Co oczywiście wiązało się z samonakręcaniem się. Zajęło mi to około miesiąca. Krótko, dlatego że przecież w roku 2010 już się przed tym broniłem, więc miałem wprawę. Teraz te wewnętrzne głosy chciały zrobić ze mnie mordercę, choć w życiu bym nawet muchy nie skrzywdził. Od tamtej chwili uciekałem i broniłem się przed wszystkim, co się wiąże z morderstwem, więc tak jak dotychczas unikałem w radiu, telewizji, prasie czy w rozmowach w pracy tematów z tym związanych. Jednak najbardziej bałem się usłyszeć, że zrobił to ktoś, kto jest chory na schizofrenię. W ogóle nie cierpiałem tego słowa. Mogłem już teraz bez problemów patrzeć i słuchać wszystkiego, co jest związane z samobójstwem. Ten temat przestał mnie w ogóle dręczyć.

Po przyjeździe od Mistrza do domu byłem zaskoczony. Nie wiem, co on zrobił (może coś odblokował), bo gdy wieczorem zakrapiałem nos (alocit z wodą w stosunku 1:3) poczułem, jak te krople zaczynają się przedostawać do początku głowy (wcześniej dotarły tam tylko raz, co opisałem w lipcu 2011 r.). Znów tak jak wtedy miałem uczucie jakbym sobie kwasu do głowy nalał, a potem czułem tam ból i pieczenie. Korzystając z tego, że krople wchodzą do głowy, zakrapiałem rano prawą dziurkę nosa 7 kropli, wieczorem lewą - 7 kropli. I tak dzień po dniu. Za każdym zakrapianiem czułem to, co opisałem powyżej. Oprócz tego miałem uczucie, że w głowie robią się rany. Mój stan znowu zaczął się pogarszać z dnia na dzień. A co gorsza schizofrenia zaczęła się zwiększać i to bardzo mocno - kilkakrotnie (ale ja byłem pewny w 100 %, że ona zwiększyła się przez to zakrapianie nosa, testowałem to kilka razy, jak czułem się dobrze i zakropiłem nos, to nie trzeba było długo czekać, a od razu był napad). Ale ja nic nie zmieniałem, zakrapiałem nos dalej codziennie, wytrzymałem tak 14 dni. Aż kiedyś głowa zrobiła się "pełna" i miałem wrażenie jakby wszystko się w niej zamknęło. Wtedy dopiero się zaczęło: mocne ataki schizofrenii, napady płaczu, wrócił potworny lęk i niepokój, nerwice lękowe, oczywiście depresja i myśli samobójcze, a gdy rozmawiałem zaczął nawet plątać mi się język. Do tego jeszcze doszły te nowe natręctwa. Ale to nic, oprócz tego zaczęły mi się przewracać i wytrzeszczać oczy, tak jakby chciały wyjść ze środka. Końcem maja zaczęło mi trzepać głową (padaczki). Musiałem stanąć w miejscu, a moja głowa trzepała mi się z niesamowitą szybkością w prawo i lewo, wprawiając w ruch policzki. Jak się to skończyło, to mi przechodziło, ale ja byłem w szoku. W dodatku schizofrenia była tak mocna, że chciałem uciec z domu. Czułem się rzeczywiście niebezpieczny. Miałem pretensje do Mistrza o to, co on mi zrobił. Przecież przed wizytą czułem się już tak dobrze. Jednak w końcu uzmysłowiłem sobie, że tylko on jedyny powiedział mi, że schizofrenię da się wyleczyć. Inni mnie odrzucili, albo uznali zdrowym, a jeszcze inni chcieli mój organizm do reszty zniszczyć lekami psychotropowymi.

Powtarzałem sobie do znużenia:

 - To jest to! Musisz to wytrzymać, bo jak nie, to trafisz w ręce wariatów w białych fartuchach.

Skoro wiedziałem, że to powodują te krople, postanowiłem je rozcieńczyć w stosunku 1:5 (alocit z solą fizjologiczną), a nos zakrapiałem co drugi dzień. Trochę się uspokoiło, ale wyżej wymienione objawy dalej były mocne. Miksturę oczyszczającą piłem w pełnych dawkach od poniedziałku do piątku, a w soboty i niedziele robiłem przerwy. Musiałem to także zmienić, dlatego dawki mikstury zmniejszyłem do 1/2, a nawet zacząłem robić większe przerwy (patrz dawkowanie mikstury oczyszczającej w roku 2012). Dopiero po tej zmianie zaczęło się to wszystko uspokajać w większym stopniu i dało się z tym walczyć (ale stan był gorszy niż przed wizytą u Mistrza). Choć i tak jak krople siadły do głowy, to przewracało oczami. Przyzwyczaiłem się też do trzepania głową. Wiedziałem, kiedy to nastąpi. To tak, jakby komuś chciało się wymiotować, wie, że mu się chce i idzie do ubikacji.

Najpierw następowała panika, krzyczałem wtedy: - Co się dzieje, co się dzieje? - szukałem bezpiecznego kąta, żeby głowa i policzki mogły się wytrząść. Trwało to około 15 sekund. Od razu jak się to skończyło, nie nakręcałem się, tzn. nie zadawałem sobie pytań: czemu, po co, dlaczego - tylko wracałem do poprzedniego zajęcia, jakby nic się nie stało. Bo teraz tak już było. Gdy te krople zaczęły wchodzić do głowy, to nastąpiła zmiana cyklu. Najpierw następował napad schizofrenii i trzepanie głową oraz przewracanie oczami, a po tym wszystkim małymi kroczkami się poprawiało. Muszę jeszcze dodać, że od momentu, gdy krople zaczęły wchodzić do głowy, zwiększyła się u mnie nadpobudliwość psychoruchowa. Zaczęły się też bóle głowy (nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w życiu bolała mnie głowa, nawet śmiałem się z innych, którzy mieli takie dolegliwości). Odtąd też ból i rozsadzanie głowy były wskaźnikiem, że się pogarsza. Końcem czerwca zaczęła mi zlatywać nosem ropa, ale w niewielkich ilościach. Najgorszy jednak stan psychiczny był wtedy, gdy w jednym czasie zaczęły schodzić wszystkie możliwe świństwa i kamienie kałowe z jelit i w dodatku ropa z głowy. Wtedy wszystkie moje dolegliwości psychiczne się zwiększały. Nie wiedziałem wtedy, kim jestem. Jakby tego było mało, z powodu tego wszystkiego musiałem przerwać grę w piłkę w trzecioligowej drużynie, w której byłem nawet jednym z czołowych strzelców.

Pamiętam, końcem lipca miałem takie mocne bóle i pieczenia brzucha, że żona umówiła mnie na USG jamy brzusznej. Jednak po badaniach okazało się, że jest wszystko w porządku. Jednak ja chciałem wrócić do takiego stanu psychicznego, jaki miałem przed drugą wizytą u Mistrza. Zmniejszyłem zakrapianie nosa na dwa razy w tygodniu. Coś się zmniejszyło, ale do takiego stanu nie udało mi się dojść. Poza tym do objawów teraz nierozłącznie doszło trzepanie, przewracanie i wytrzeszczanie oczami, większa schizofrenia i w parze za nią idący większy niepokój. Oczywiście, jak rzadziej zakrapiałem nos, to i objawy były mniejsze. Do tego ta nadpobudliwość, ucieczka przed natręctwami i schizofrenią razem z nią były niebezpieczne, czego sam doświadczyłem, jak będąc w tym stanie przez nieuwagę złamałem sobie palec w nodze. Ból był straszny, ale go przetrzymałem nie biorąc ani jednej tabletki przeciwbólowej. Jednak dalej musiałem przed tym wszystkim uciekać, a teraz miałem gips na nodze. Żeby nie zwariować, pracowałem dalej z gipsem od rana do wieczora.

Chleb to świństwo gorsze od kreta do udrażniania rur kanalizacyjnych!

Z racji tego, że mieszkam parę kilometrów od gór, a moja mama ma wysoko w górach domek letniskowy, co jakiś czas wybieramy się tam z moimi braćmi z rodzinami na odpoczynek. Końcem sierpnia wybraliśmy się tam, każdy zabrał ze sobą coś do jedzenia i siedzieliśmy tam od rana do wieczora. Ponieważ dzieci wszystko pozjadały, nam do jedzenia pozostał już tylko chleb. Wieczorem byłem tak głodny, że nie mogłem już wytrzymać, więc dałem się skusić i zjadłem dwie kromki chleba (od 11 grudnia 2010 r. nie wziąłem nawet okruszki chleba do ust) i poszedłem z braćmi i z dziećmi dalej grać w piłkę. Nie minęło parę minut, kiedy to doszło do żołądka. To było okropne! Ból żołądka był tak mocny, jakby go ktoś skręcał imadłem, a potem ten ból przesuwał się od żołądka ku dołowi i skręcał moje jelita, później to wszystko zaczęło wędrować ku górze, powodując pieczenie w przełyku. Jak dotarło do gardła, to miałem wrażenie, jakbym się miał udusić. Dzieci mówiły: Tato, co ci jest? - a ja nie umiałem zrobić kroku, choć wcześniej na pełnych obrotach grałem ponad godzinę. W końcu zacząłem grać, ale nie umiałem tego przepalić. Ból minął dopiero po jakiejś godzinie, dojście do siebie zajęło mi cały dzień. Pomyślałem sobie, że wcześniej bałem się i broniłem przed tym, żeby nie wypić kreta do udrażniania rur kanalizacji, a teraz go zjadłem. Tak teraz, dopiero właśnie teraz zrozumiałem, dlaczego wkurzony p. Słonecki chciał mnie wyrzucić z gabinetu, gdy byłem u niego pierwszy raz i pochwaliłem się tym, że jem chleb razowy na zakwasie. Teraz już wiedziałem, to jest to świństwo, które zniszczyło dotychczasowe moje życie i zrujnowało mój organizm. Od tamtej pory nie chciałem widzieć chleba i nie chciałem, by moja rodzina go dalej jadła.

We wrześniu miałem takie zdarzenie, że jak pracowałem na działce, nagle mój wzrok zrobił się strasznie dziwny, a gdy spojrzałem na horyzont, to widziałem cienie rycerzy, którzy na mnie lecą. Później zdarzyło mi się to jeszcze dwa razy. Teraz wiem, że to były omamy wzrokowe.

Początkiem października miałem dość duże upływy ropy z nosa raz z prawej, a potem z lewej dziurki, co trwało cały dzień.

23 listopada przyjechałem na kolejną wizytę do p. Słoneckiego, na której powiedział mi, że stany zapalne w głowie jeszcze są i także z nich poleci ropa. Mówił, że są różne ciężkie choroby, ale schizofrenię się ciężko leczy, więc mam się uzbroić w cierpliwość. Zalecił mi zakrapiać nos dwa razy w tygodniu. Pamiętam, że po wizycie u niego nie mogłem dojść do siebie przez tydzień. Czułem się źle, mój stan do końca roku już wiele się nie poprawił.

Może przyspieszę nieco wydarzenia, opisując poniższą analizę.

Analizowałem to setki, może nawet i kilka setek razy, w czasie gdy miałem różne stany psychiczne, tzn. jak czułem się bardzo dobrze, dobrze, średnio, źle, a nawet w stanach, w których nie wiedziałem, kim jestem, w stanach kiedy schizofrenia była bardzo mocna, słaba, albo w stanach, kiedy była niezauważalna. Ale może inaczej. Czuję się bardzo dobrze. Schizofrenii już nie mam, a jak już jest, to prawie niezauważalna i mieści się w dwóch słowach, więc pozwalam sobie zakropić nos kroplami w stosunku 1:3 w ilości 7 kropel. Po chwili czuję ból i pieczenie oraz rany w głowie, czyli krople siadły na 100%. Nie mija kilka do kilkunastu minut i schizofrenia zaczyna się zwiększać kilkakrotnie, jest głośna, wyraźna, zaczyna rozkazywać, albo układać się w zdania, aż w końcu za jakiś czas dochodzi do jej napadu. Czy to przypadek? Ja wiem, że na pewno nie. Tak jak wcześniej pisałem, gdy zakrapiałem codziennie nos kroplami 1:3 siedem kropel i czułem, że te krople siadły, a do tego piłem pełne dawki mikstury codziennie, ona była potężna. Chciałem nawet uciec z domu, czułem się niebezpieczny, jak wilkołak nocą. Ale gdy zmniejszyłem dawki mikstury do 1/2 dawki i rozcieńczyłem krople do nosa i zacząłem go rzadziej zakrapiać, to schizofrenia zmniejszyła się, tzn. już nie rozkazywała, nie układała się w zdania, nie była głośna, zatrzymała się na dwóch słowach i wypowiadała je rzadziej. Ja sam wiedziałem, kiedy ona będzie mocna, bo regulowałem dawkami kropel i mikstury. I teraz należałoby zadać pytanie szczególnie fachowcom - czy schizofrenia jest radiem, w którym można zwiększać lub zmniejszać natężenie głosu? Schizofrenia to poważna choroba psychiczna, ale czy jej natężenie można zmniejszać lub zwiększać za pomocą kropel do nosa lub mikstury oczyszczającej, już nie mówiąc o zjedzeniu trochę za dużo lub później wypoceniu się w saunie? Analizę tę zawsze nosiłem przy sobie, bo to ona pozwalała mi uwierzyć, że wszystko idzie zgodnie z moim planem - to jest to - i ujmowała mi cierpień po zakropieniu nosa. Ułożyłem ją po wielu testach na sobie samym w czasie, kiedy krople zaczęły mi siadać do głowy.

Podsumowując rok 2012: oprócz objawów, które wyżej opisałem, towarzyszyły mi jeszcze: zawroty głowy, szum-pisk w uszach całymi dniami, cały rok trwał "cykl języka", który z upływem czasu się zmniejszał, cały rok występowały bóle brzucha i pieczenie, test buraczkowy w ciągu roku zmieniał się od pozytywnego do negatywnego kilkakrotnie. Cały czas występowały też biegunki. Z jelit schodziło podręcznikowo wszystko, tak jak opisał p. Józef Słonecki w swoich książkach. Występowały również nadwrażliwość psychiczna na papierosy, kosmetyki i hałas, zaburzenia koncentracji i brak możliwości skupienia uwagi, mgiełka umysłowa, myśli samobójcze mniejsze niż w roku poprzednim, depresja maniakalna, koszmary senne występowały rzadko, chrapanie, nerwowość, wybuchowość, niecierpliwość, drżenie ciała, mroczki przed oczami, wrażenie upicia się, nieprzyjemny pot i zapach z ust, krytykanctwo, ucisk ponad i za uszami, uczucie opuchnięcia głowy (po kroplach). Zaś zaniknęło złe samopoczucie w upalne dni, nawracające zapalenie spojówek (które miałem od dziecka), białka w oczach z przekrwionych stały się czyste, następowało systematyczne samoistne usuwanie kamienia nazębnego.

Poniżej przedstawiam dawkowanie mikstury oczyszczającej w 2012 roku:

1. Alocit z aloesu + olej z pestek winogron + cytryna

  • 1-12 stycznia - 1/2 dawki
  • 13-15 stycznia - przerwa
  • 16-27 stycznia - 1/2 dawki
  • 28-30 stycznia - przerwa
  • 31 stycznia do 1 lutego - 1/2 dawki
  • 2-4 lutego - przerwa
  • 5-19 lutego - 1/2 dawki
  • 20-26 lutego - przerwa
  • 27 lutego do 2 marca - 1/2 dawki
  • 3, 4 marca - przerwa
  • 5-8 marca - pełna dawka
  • 9-11 marca - przerwa
  • 12-15 marca - pełna dawka
  • 16-18 marca - przerwa
  • 19-23 marca - pełna dawka
  • 24-25 marca - przerwa
  • 26-30 marca - pełna dawka
  • 31 marca do 1 kwietnia - przerwa
  • 2-4 kwietnia - pełna dawka
  • 5-8 kwietnia - przerwa
  • 9-13 kwietnia - pełna dawka
  • 14, 15 kwietnia - przerwa
  • 16-20 kwietnia - pełna dawka
  • 21, 22 kwietnia - przerwa
  • 23-26 kwietnia - pełna dawka
  • 27-30 kwietnia - przerwa
  • 1-5 maja - 1/2 dawki
  • 6 maja - przerwa
  • 7-12 maja - 1/2 dawki
  • 13 maja - przerwa
  • 14-18 maja - pełna dawka
  • 19, 20 maja - przerwa
  • 21-25 maja - pełna dawka
  • 26-27 maja - przerwa
  • 28, 29 maja - 1/2 dawki
  • 30 maja do 6 czerwca - przerwa
  • 7-10 czerwca - 1/4 dawki
  • 11-14 czerwca - przerwa
  • 15 czerwca - 1/2 dawki
  • 16 czerwca - 1/4 dawki
  • 17, 18 czerwca - przerwa
  • 19-25 czerwca - 1/2 dawki
  • 26 czerwca do 1 lipca - przerwa

2. Alocit z Citroseptu + olej z pestek winogron + cytryna

  • 2-5 lipca - 1/2 dawki
  • 6-11 lipca - przerwa
  • 12-20 lipca - 1/2 dawki
  • 21, 22 lipca - przerwa
  • 23-27 lipca - 1/2 dawki
  • 28, 29 lipca - przerwa
  • 30 lipca do 3 sierpnia - 1/2 dawki
  • 3-5 sierpnia - przerwa
  • 6-10 sierpnia - 1/2 dawki
  • 11-17 sierpnia - przerwa
  • 18-24 sierpnia - 1/2 dawki
  • 25 sierpnia do 2 września - przerwa
  • 3, 4 września - 1/2 dawki
  • 5-9 września - przerwa
  • 10-12 września - 1/2 dawki
  • 13-16 września - przerwa
  • 17-18 września - 1/2 dawki
  • 19 września - przerwa
  • 20 września - 1/2 dawki
  • 21-23 września - przerwa
  • 24-26 września - 1/2 dawki
  • 27 września - przerwa
  • 28 września - 1/2 dawki
  • 29 września - 1 października - przerwa
  • 2-4 października - 1/2 dawki
  • 5-11 października - przerwa
  • 12, 13 października - 1/2 dawki
  • 14 października - przerwa
  • 15-19 października - 1/2 dawki
  • 20-23 października - przerwa
  • 24-26 października - 1/2 dawki
  • 27-28 października - przerwa
  • 29-31 października - 1/2 dawki
  • 1-4 listopada - przerwa
  • 5-8 listopad - 1/2 dawki
  • 9-18 listopada - przerwa
  • 19-21 listopad - 1/2 dawki
  • 22 listopada - przerwa
  • 23 listopada - 1/2 dawki
  • 24-26 listopada - przerwa
  • 27-29 listopada - 1/2 dawki
  • 30 listopada - 2 grudnia - przerwa
  • 3-6 grudnia - 1/2 dawki
  • 7-10 grudnia - przerwa
  • 11-13 grudnia - 1/2 dawki
  • 14-16 grudnia - przerwa
  • 17-20 grudnia - pełna dawka
  • 21-25 grudnia - przerwa
  • 26 grudnia - pełna dawka
  • 27 grudnia - przerwa
  • 28 grudnia - pełna dawka
  • 29, 30 grudnia - przerwa
  • 31 grudnia - pełna dawka

Ponadto piłem średnio 2 koktajle błonnikowe dziennie, nie piłem kawy i alkoholu pod żadną postacią, nie jadłem słodyczy i nie stosowałem żadnych leków. Przez cały rok 2012 stosowałem ssanie oleju.

Ciąg dalszy nastąpi niebawem...

Przedstawiam dalszą część powieści o człowieku, który po długich poszukiwaniach w końcu dowiedział się, że jest chory na jedną z najcięższych chorób na świecie: schizofrenię.

Lecz dlatego, że był inny niż cała reszta ludzi i miał wrodzony dar od Boga, czyli niechęć do wszystkich lekarzy i ich diabelskich sztuczek, które próbują nazywać leczeniem, on nie oddał się w ręce psychiatrów, a co za tym idzie – nie został wtrącony do szpitala psychiatrycznego, co z góry mu było pisane.

Postanowił wziąć zdrowie w swoje ręce.

Podjął leczenie według metod Mistrza Słoneckiego.

W jego praktyce schizofrenia zawsze ustępuje po ewakuacji niewyobrażalnej ilości flegmy ściekającej z rejonu nosa, jamy nosowej, zatok i najprawdopodobniej mózgu.

Do leczenia potrzebne mu było:

  • całkowita eliminacja glutenu – oczywiście, co za tym idzie, największego świństwa, jakim jest chleb
  • dieta prozdrowotna, koktajle błonnikowe, mikstura oczyszczająca, krople do nosa, parówka na głowę

Natomiast z objawami psychicznymi walczył sposobami wymyślonymi przez siebie.

Czy mu się uda – czy dokona niemożliwego i pokona tę straszliwą chorobę i, co za tym idzie, czy Mistrz Słonecki ma rację, dowiecie się w kolejnych odcinkach.

Rok 2013 był rokiem ropy i poznawania piekielnej mocy pierwszego ataku Zdechłego Psa.

Styczeń i luty były miesiącami totalnego rozbicia, słabości i męczliwości – dalej trwały lęk, niepokój, natręctwa, ale mało kiedy mnie paraliżowały. Schizofrenia była taka sobie, dało się z nią żyć (no chyba że przesadziłem z kroplami do nosa), ale bardziej mnie wkurzała, niż przed nią uciekałem.

"Cykl języka" trwał cały czas około 3 tygodni.

Czysty język – ochota do płaczu albo płacz, schizofrenia, przewracało oczami i trzepało głową; potem, jak po burzy, pomalutku się uspokajało i w kolejnych dniach mój umysł zaczął się przejaśniać i zaczęły się włączać przebłyski, każdego kolejnego dnia włączały się częściej i trwały dłużej, aż dochodziło do takiego stanu, kiedy to wszystko, co mnie dręczyło, mijało i zaczynało wydawać się głupie – taki stan trwał nawet pół dnia, język był wtedy biały.

W takim stanie dało się żyć.

(I właśnie w takim stanie dobrego samopoczucia włączał się GŁOS ORGANIZMU {proszę nie mylić tego ze schizofrenią, bo to zupełnie coś innego}. 

Wtedy wiedziałem, kiedy naprawdę chce mi się jeść, kiedy chce mi się pić, nawet kiedy spać. Organizm jakby próbował mi podpowiadać, na co mam w danej chwili ochotę, jego apetyt na jedzenie zawsze w tym stanie był ogromny – to było takie jego zbieranie zapasów na walkę, która za niedługo miała go czekać.

Wypicie małej kawy albo zjedzenie czegoś słodkiego, jak tylko miałem na to ochotę, nie wywoływało wtedy żadnych gwałtownych reakcji, a nawet powodowało lepsze samopoczucie.)

Jednak po dłuższym okresie przebłysków następowała nadpobudliwość psychoruchowa, a po niej po jakimś czasie przyszło totalne rozbicie, słabość, męczliwość i bóle głowy i wszystko to, co opisałem powyżej zaczynało się odwracać, czyli przebłyski zaczynały co dzień stopniowo zanikać aż doszło do takiego momentu, że ich w ogóle jeden dzień albo parę dni nie było. Potem już automatycznie wszystkie objawy psychiczne zaczynały się zwiększać, co dzień były mocniejsze, potem zaczynała pojawiać się już schizofrenia, z każdym dniem była coraz to mocniejsza aż doszło do kolejnego jej napadu itd., oczywiście język był wtedy czysty.

(W takim stanie z jedzeniem trzeba było już uważać, szczególnie wtedy, gdy nie chciało się jeść, jedzenie nawet najbardziej ulubionych potraw doprowadzało zawsze do pogorszenia stanu psychicznego. A już nadmierne jedzenie {szczególnie mięsa} i picie w samej końcówce cyklu, kiedy była najmocniejsza schizofrenia, to już było o mało co samobójstwo.)

Całemu temu cyklowi, który opisałem, towarzyszyły cały czas zmienne nastroje.

Zdarzał się jeszcze w cyklu taki stan, kiedy wszystko jakby się w środku blokowało (występowało to często wtedy, kiedy język był biały), ciężko było się załatwić, a efektem tego były schodzące kamienie kałowe, trzeba było je rodzić, a gdy wyskakiwały były jak kulki kauczukowe, wydawało się, że mogą rozbić muszlę.

Czyli podsumowując idzie stwierdzić, że kula Syzyfa toczyła się tak, jak to już wcześniej opisywałem.

Pamiętam, w połowie lutego byłem taki słaby, że kompletnie nic mi się nie chciało i wszystko i wszyscy mnie drażnili – nie chciałem nikogo widzieć.

W końcu, 26 lutego, ścisnęło mi lewą stronę głowy, zaczęły mnie boleć wszystkie zęby, powiększyły się mocno węzły chłonne i spuchła mocno cała lewa strona karku.

Z lewej dziury nosa bardzo intensywnie zaczęła lecieć ropa, której nie było końca, musiałem wziąć L-4 z pracy, bo w nocy nie dało się spać.

Ropa zlatywała nosem, leciała także do gardła, dlatego całe gardło było opuchnięte i zrobił się stan podgorączkowy. Ropy tej nie nadążałem wysmarkiwać ani wypluwać, leciała bez przerwy, zlatywała litrami. Na końcu jej upływów plułem dość mocno skrzepami krwi. Ropa zlatywała tak do 4 marca i upływ z lewej dziury nosa ucichł, ale jeszcze nie całkowicie.

Wcześniej, bo 1 marca, byłem na wizycie u Pana Słoneckiego, cieszył się, że w końcu zaczęła lecieć ropa; powiedział, że to bardzo dobrze, w końcu o to chodziło. Mówił, że stany zapalne w głowie są, ale skupiły się tylko w jednym miejscu; mówił o grzybicy mózgu i o tym, że wszyscy „schizofrenicy mają zatkany nos jak jeden”.

Opowiadał mi też o pewnym psychiatrze, który kiedyś się u niego leczył i też potwierdził jego tezę o zatkanych nosach u schizofreników.

Ale po wizycie u Mistrza, zresztą jak zawsze, poczułem się o wiele gorzej (nie wiem, co dokładnie zrobił, ale pamiętam, że mocno ponaciskał palcami w okolicach głowy).

Nie trzeba było długo czekać. 5 marca po raz pierwszy od niepamiętnych już czasów dostałem gorączki, tym razem ścisnęło mi jak w imadle prawą stronę głowy, ale ścisk był o wiele mocniejszy niż kilka dni wcześniej. Ścisk był tak mocny, że nie umiałem ruszyć karkiem, węzły chłonne były tak napuchnięte i gorące, że wydawało mi się, że za chwilę wybuchną, do tego ten rozsadzający ból głowy i straszne bóle zębów. Nie dało się spać, jeść, a nawet siedzieć, bóle wyżej opisane nie ustępowały nawet na sekundę.

Ale ja się cieszyłem, mówiłem sobie: w końcu odchoruję to i będę zdrowy.

W końcu ropa jak lawa ruszyła z prawej dziury nosa – upływ był trzy razy mocniejszy niż z poprzedniej dziury. Plułem, smarkałem całymi dniami, gardło było niesamowicie czerwone, ropa lała się litrami. Gorączka szła do góry, aż doszła do 39,9ºC, leżałem w łóżku, pociłem się strasznie (byłem cały mokry) – czułem się strasznie; żona mi mówiła: jak nie weźmiesz leków, to umrzesz przy takiej gorączce (ale przecież sami wiecie, że nigdy bym żadnych leków nie wziął); poza tym co mi zależało, przecież moim marzeniem było umrzeć nie popełniając samobójstwa.

Około 9 marca gorączka spadła całkowicie, ale ropa leciała dalej, choć już nie tak mocno, ale wcale nie słabo; oprócz ropy plułem skrzepami krwi, wyglądały niesamowicie, jak skrzepy czerwonego mięsa; upływ ropy zmniejszył się dopiero 20 marca.

Nie wiem dokładnie, ale jakbym miał policzyć całą tę ropę, która ze mnie spłynęła, to może uzbierałby się pojemnik 10-litrowy.

Pamiętam, 10 marca zadzwoniłem do Mistrza i opowiedziałem mu o gorączce i upływach ropy. Od razu odparł mi na to: JAK MIAŁEŚ NIE MIEĆ SCHIZOFRENII!!! Powiedział też o sprycie organizmu, który najpierw doprowadził do upływu ropy z lewej dziury, a potem z prawej. Pytał się, czy teraz lepiej się czuję, powiedziałem, że na razie nie czuję znaczącej poprawy. Powiedział: GDZIE TAM JESZCZE DO KOŃCA.

Ropa w śladowych ilościach spływała do końca kwietnia – cały ten upływ ropy spowodował, że byłem bardzo słaby, było podobnie jak na początku roku. Choć poprawa psychiczna nie była taka, jakiej się spodziewałem, to o dziwo końcem kwietnia, co prawda z lekkim oporem:

BOŻE, TO NIEMOŻLIWE, JA ZACZYNAM ODDYCHAĆ PRZEZ NOS.

Miałem wtedy prawie 40 lat i po raz pierwszy w życiu mogłem moim nosem zaczerpnąć świeżego powietrza.

c.d.n.

Autor życzy sobie zachować anonimowość